Co rekrutacja do szkół średnich ma wspólnego z analogowym telefonem?

img_20190722_212348

fot. Beata Karpińska-Musiał; Muzeum Retro Gralnia; Wrocław

Jest środek lata, wakacje w pełni. Tymczasem tysiące uczniów nie spędza ich w beztroskim nastroju, a powód jest wiadomy: rekrutacja do szkół średnich. Temat gorący niczym letni grill, budzący skrajne emocje i niestety bardzo trudny i niejednoznaczny. Jako tutorka, edukatorka nauczycieli, badaczka edukacji i matka uczniów, czuję ten bagaż na plecach mimo, że personalnie i rodzinnie omija mnie ten pechowy rocznik.

Polemika i dyskusje w mediach tętnią. Wypowiadają się co rusz różni eksperci, politycy, edukatorzy i rodzice. Sprawa ociera się o sądy. Dzieci histeryzują. Rodzice… wkurzeni. Lato blednie, zamiast regenerować.

Czy szum wokół rekrutacji jest uzasadniony? Bo sam ruch “reformatorski” raczej sporów o sens i zasadność samej reformy nie budzi. Kto rozum ma, ten rozumie, że reforma edukacji jest co najmniej źle przeprowadzona, a u jej podłoża leżą założenia mało bliskie współczesnemu, dynamicznie się zmieniającemu społeczeństwu polskiemu. Nie chodzi tu nawet o statystyki i liczby, ideologię, religię czy merytorykę, ani też o przysłowiowe “zawracanie rzeki kijem”. Jak zwykle, chodzi głównie o władzę.

Realizuje się ta wojna polityczna kosztem żywego organizmu: tkanki najważniejszej, najdelikatniejszej, jaką są dzieci. To one ponoszą największy koszt w tej grze. Jest to prawdziwy dramat, którego skutki odczujemy w przyszłości, i to wcale nie dlatego, że część uczniów nie dostała się do wymarzonych szkół. Oni te szkoły skończą – tę czy inną. Problemu upatruję raczej w tym, że to pokolenie straci zaufanie do państwa i wychowanie ich do obywatelskości będzie podwójnie trudne, jeśli nie niemożliwe. Wzmocni tę niechęć cała aura obecnej polityki “społecznej”, negującej wolność, tolerancję oraz szacunek dla inności w imię innych (im obcych) “wartości”. Młodzież przedlicealna i licealna widzi to, co się dzieje, ze zmultiplikowaną ostrością, ponieważ są w wieku kształtowania osobowości, przekonań i postaw. W wieku, w którym jeszcze nie negocjują ze światem, a raczej wybierają skrajności. Dzisiaj wybiorą opór przed mainstreamem. Znienawidzą system, bo doznają zawodu, rozczarowania. Nie zbudują zaufania do niego tam, gdzie mogliby, by potem budować społeczeństwo oparte na zaufaniu.

A jednak jest też inna perspektywa, o jakiej myślę. Mam jednak wątpliwości wobec rekrutacyjnej afery.  I jest to wątpliwość wyraźna, chociaż nie wynika z popierania reformy w żadnym calu. Bo jej się popierać po prostu nie da.

Nie mogę do końca zgodzić się z leżącym u podstaw wielu rozczarowań u obecnych uczniów i rodziców napięcia związanego z szansą dostania się do najlepszych “rankingowo” placówek. A nawet tych drugich, trzecich czy siódmych wskazanych w dziwacznym elektronicznym systemie. Nie do końca empatyzuję z przyjmowaniem za oczywistość, że uczeń “paskowy” POWINIEN  się dostać do czołówki w mieście, a jak nie.. to depresja i hańba. Tak jak i nie godzę się z opinią, że w średnim czy słabszym liceum (a tym bardziej technikum) ścieżka ucznia do kariery czy szczęścia jest przekreślona. I nie gardzę szkołami branżowymi.

Widzę tu parę problemów (czy to problemy?):

(1) obecna rekrutacyjna histeria teoretycznie ujawni problem kulturowej reprodukcji: powstaną szkoły supertalentów, szkoły uśrednione i szkoły “normalne”

(2) co nie znaczy, że tak się stanie: reprodukowanie społecznych nierówności można nieco zmoderować, wysyłając dziecko do szkoły całkiem “normalnej”, w której ono właśnie podniesie (grupowo) wyniki i osiągnięcia placówki

(3) takie dziecko, jeśli jest z potencjałem, rozwinie go w każdej szkole. Jeśli chce pójść na studia, pójdzie i po “normalnym” liceum lub technikum. Jeśli nie chce, nie czuje tego – nie pójdzie. Czy nie jest to jego prawem? Czy nie na tym polega rola tutora, wychowawcy i rodzica, by w to uwierzyć?

(4) technika i szkoły branżowe być może odzyskają rangę, gdyż stereotypowa pogarda dla ich poziomu jest społecznie szkodliwa.

(5) i w końcu.. (bo listę można by jeszcze mnożyć), rekrutacja jest katalizatorem postaw i nastrojów rodziców. Ogromnym.

Dlaczego?

Bo dziecko odbierze coś jako złe lub dobre w takim stopniu, w jakim przedstawią mu to rodzice (hmm, poza tymi, co akurat w kontrze rozwojowej, ale i oni mają wkodowane postawy i wartości domu nawet w sposób nieuświadomiony).

To rodzice w dużej mierze odpowiadają za to, jak do sukcesu lub porażki (w naborze) podejdzie uczeń, i czy będzie to jego personalną, życiową traumą, czy po prostu doświadczeniem.

To rodzice swoim nastrojem i wiarą lub niewiarą w dziecko kształtują jego ścieżkę sukcesu w życiu, a nie rodzaj szkoły, placówki czy też ukończonego profilu, klasy, ilość olimpiad lub ich brak.

Oczywiście, że komfort nauki, liczebność klas i pora lekcji – dotkną ten rocznik. Ale .. to w końcu tylko cztery lata życia. Ważne decyzje – a wiem to, mając już jednego absolwenta studiów wyższych w domu –  będą tak autentycznie podejmowane dopiero po nich. Nie demonizujmy lat licealnych w kontekście powodzenia lub niepowodzenia w życiu. Jakie to będą decyzje? To się okaże. Dzisiejsza młodzież przedlicealna jest jak otwarta książka. Chłoną, zmieniają przekonania, rozwijają ambicje, uczą się wszystkiego i wszędzie. Uczą się w każdej szkole, a mądrze poprowadzeni, rozwiną swoje talenty tam, gdzie będą wspierane. I tutaj pojawia się ogromnie ważna rola dla tutorów szkolnych.

Na koniec odpowiedź na pytanie tytułowe: co ma rekrutacja wspólnego z analogowym telefonem? Otóż tyle, ile obecny wybór szkoły z ostatecznym wykształceniem i karierą ucznia u startu szkoły średniej. Czyli zasadniczo niewiele. Cztery lata to lata świetlne. Nie przewidzimy konsekwencji tego trudnego startu, prócz… może większej rezyliencji na porażki? A to akurat dobre.

Mój 13- latek w muzeum starych gier został niedawno poproszony o wykręcenie “zegarynki” na czerwonym telefonie ze zdjęcia.

Nie zapytał o to, co znaczy zegarynka

Podszedł

Umiał wykręcić wskazany numer na tarczy

Kręci i czeka

Nie podniósł najpierw słuchawki…

Intuicja smartfonów to inna intuicja niż czasów analogowych.

Tak samo inna będzie intuicja do obierania ścieżek kariery za 4 lata u obecnych startujących licealistów.

Be-3

Podróż w czasie – czyli wakacyjne porządki w pokoju nastolatka

img_20190714_160256

Jak to bywa z wieloma czynnościami, które na skali priorytetów czekają czasami dłużej niż kolejka po przyznanie mieszkania w czasach komuny, nastał dzień porządków w pokoju nastolatka. W zasadzie plan istnieje od trzech miesięcy, jednak presja wzrosła dopiero w momencie, gdy do pokoju zasadniczo nie można wejść. I w momencie, gdy wszystkie inne obowiązki nieco zelżały z racji wakacji.

A misja jest to potężna, o czym wie zapewne każdy rodzic nastolatka typu “zbuntowanego”, do jakich należy mój najmłodszy z trzech muszkieterów, lat 13.

Nie będę opisywać procesu dojrzewania mentalnego, umów słownych, planów i energii włożonej w zgranie czasu, woli i motywacji po stronie Młodzieży oraz Mamy, która zapewne nie byłaby potrzebna, gdyby nie fakt, że w przeciwnym razie kolekcjonerstwo urosłoby do rangi hobby, a pokój wypełniłby się przedmiotami po przynajmniej poziom półek ściennych. A zatem w końcu zgraliśmy, pomoc motywacyjna uruchomiona.

I tu długa przerwa, bo proces wciąż w toku. Nad opróżnianiem jednej półki, sięgającej w czasie okresu przedszkolnego, Młodzież spędza 3 godziny. Każdy ludzik lego, autko, elementy rozmontowanych kostek Rubika, plany lekcji sprzed 4 lat… wszystko cenne i jest pamiątką… Niewiarygodne, jaka historia kryje się w teczkach tekturowych (no dobrze, już nie rysunki z przedszkola, ale karty pracy z podstawówki wczesnej). W muszelkach, kamieniach, kijach, mieczach, maskach, latarkach, kablach, słuchawkach zepsutych…

Z jednej strony jest to słodkie, ale proces sprzątania uważam za głębszy niż robienie przejścia przez środek pokoju. To właśnie ciekawa, ważna podróż w czasie. Trochę sentymentalna, trochę refleksyjna. Młodemu człowiekowi pokazuje upływ czasu oraz własne podejście do wcześniejszych wydarzeń, które w dzisiejszych czasach braku albumów z analogowymi zdjęciami umyka szybko i bezpowrotnie. Te stare kamyki i ludziki lego, tysiące puzzli, małego elektronika itp. to jego dzieciństwo, z którym trudno mu się pożegnać…

Co ciekawe, ja też znalazłam w tym pokoju swój obiekt z przeszłości – stary zegarek. Liczy sobie prawie ćwierć wieku, ma lekko nadtłuczone szkiełko, nie chodzi już. Nie wiem,  w jaki sposób przetrwał ponad dwie dekady życia rodzinnego, kilku przeprowadzek, remontów, zmian. Nie jestem w stanie go wyrzucić. Był upominkiem od kogoś wtedy ważnego. Jest LINKIEM do kawałka mojej historii.

Czy zatem należy tak totalnie opróżniać ten pokój nastolatkowi?

Chyba nie

Niech zrobi to sam

Nawet jeśli trwać to będzie parę dni

Niech podróżuje, a nie robi DELETE

Niech trwa w swojej historii, ile chce, dopóki sam nie zrobi kroku do przodu

Be-3

Strzał w dziesiątkę – co czyni z nami praca nad osiąganiem celu?

img_20190703_225004

fot. Beata Karpińska-Musiał

Ostatnio zdarza mi się próbować w życiu zupełnie czegoś nowego, niż dotąd. Innego niż wszystko, co wiąże się z pracą akademicką, szkoleniową, naukową, domową, a nawet innego, niż dotychczas czerpana przyjemność z rodzinnych lub służbowych podróży, kina czy książki (innej, niż naukowa). Jestem w momencie, w którym zdałam sobie sprawę, że przez całe życie stawiałam sobie bliższe lub dalsze cele, po czym je skutecznie, z reguły z sukcesem realizowałam. Jedne z mniejszą, inne z większą przyjemnością, jedne z poczucia obowiązku, inne z ciekawości, a większość ze zwykłego poczucia, że inaczej po prostu się nie da. Jako urodzona optymistka i w opinii wielu idealistka (chociaż równocześnie pragmatystka), z zapałem i energią podchodziłam (podchodzę?) do życiowych wyzwań, czerpiąc z życia ile się tylko da i nieustannie ucząc się, jak sprostać zaskoczeniom i cieszyć się nawet z porażek lub je.. strategicznie omijać.

A jednak zmieniamy się. W pewnym momencie, właśnie TYM momencie, przychodzi myśl: a może by tak zwolnić? I człowiek popada w małe rozdwojenie jaźni: mój kołowrotek i tak jest szybki, a tu obok, równolegle świat mówi – biegnij jeszcze szybciej! Nie wiesz jak ustanawiać cele? Przyjdź, nauczymy Cię. Nauczymy Cię…

być szczęśliwym!

być efektywnym!

być produktywnym!

nie być prokrastynatorem!

No a jeśli to ułuda? Jeśli nigdy nie przestaniemy biec? Czy nie dobiegniemy wtedy do mety za wcześnie? Tej mety, która nagle spuszcza kurtynę i performance się kończy?

Wydaje mi się, że optymizm i energia zawiodły mnie daleko w życiu. I udało mi się to bez szkoleń i treningów osobowości, ćwiczeń, narzędzi i coachingu, o których polska rzeczywistość lat 70-tych i 80-tych nawet nie śniła. Czy to już syndrom wieku? A może syndrom uczestnictwa w innego rodzaju kulturze pokolenia, pamiętającego inne zasady życia społecznego.

Nas nikt nie uczył metod SMART i GROW nie stosował narzędzi coachingowych, by zaplanować pracę, życie lub sukces. Sukces przychodził małymi krokami, wolniej, ale trwalej. Sukces nie wpuszczał ludzi w megalomanię, a porażka w depresję. I to jest fakt, którego jestem naocznym świadkiem. Pomimo bardzo trudnych dla niektórych doświadczeń ekonomiczno-politycznych. One wręcz hartowały ludzką odporność, ale z różnym skutkiem u różnych osób.

Czy zatem pokolenie “X” , które reprezentuję, było bardziej samodzielne życiowo? Energiczne? Bardziej wytrwałe i doceniające? Ciekawe życia i świata? Umiało się nimi cieszyć inaczej? Albo wykazywało większą resilience? Lub.. trudy i znoje przekuwało w próbę charakteru…

Prawdopodobnie tak, i chociaż dzisiaj nadal stawiam sobie cele sama, pomagam też w tym młodszemu pokoleniu. Częściowo mnie do tego przygotowano, ale w większości korzystam z własnych doświadczeń (dobrych i złych) i uporu, determinacji i .. ciekawości. To są najlepsze narzędzia osiągania celów życiowych. Najbardziej spersonalizowane.

Z tejże właśnie ciekawości, dzisiaj pojechałam z nastoletnim synem na.. prawdziwą strzelnicę sportową! PO raz pierwszy w życiu miałam w ręku prawdziwą broń palną. Pistolet i karabin. Strzelałam do celu na tarczy oddalonej o 10 metrów, potem o 15.

Widząc efekt – instruktor mruga okiem i mówi: widzę tu talent:-)  Na 20 strzałów łącznie, 11 trafień w czarne pole, w tym dwie dziewiątki a 18 w całą tarczę. Tylko dwa poszły w piach!

Wrażenie jest mocne, z emocji było mi gorąco…

Trafiłam do celu i zrealizowałam kolejny cel – spróbowałam czegoś, czego nigdy wcześniej bym nie zrobiła. Drobiazg, sport, zabawa, chęć potowarzyszenia synowi i poczucia tego, co on – ale efekt był piorunujący.

Kolejny, drobny cel osiągnięty: przełamanie obaw, smak doświadczenia. 

Bez szkolenia, ale pod okiem szkolącego.

I powoli, z uwagą, w skupieniu  – bo inaczej niewypał lub, co gorsza, wypadek lub śmierć.

Metafora każdego doświadczenia?

Be-3