O determinizmie pół żartem pół serio. Przewrotnie.

Muszę. Muszę i chcę to napisać, bo myśl ta nie jest nowa, a pojawiła dzisiaj się już po raz któryś. Zdarzała mi się często w mijającym roku, każdorazowo w… podróży. Ale jej jeszcze nie zapisałam.

A tych podróży było dużo w 2022. Bardzo dużo. Wyjątkowo, bo w samych 4 miesiącach letnich przemierzyłam lekko ponad 40 tys km. W całym roku uzbierałoby się może 45-50 tys.  Z wyboru.I zazwyczaj ta myśl upodobała sobie jakiś środek transportu – samolot, pociąg. Nie samochód, a dlaczego, napiszę.

Podobnie dzisiaj, w pendolino z Warszawy do Gdańska. Dotarło do mnie, dlaczego tak lubię usiąść w końcu – zwykle po godzinach przygotowań i organizacji wyjazdów – w ciepłym, czystym pociągu, w akompaniamencie kawałków Chopina, i ruszyć cicho i płynnie by w ciągu zazwyczaj 3 godzin dotrzeć do stolicy lub czasem dalej. Albo usiąść w końcu na wyznaczonym miejscu w samolocie i oddać się oglądaniu świata na zewnątrz, z góry, oglądać żywą mapę. Uwielbiam ten moment, ale dziś już wiem dlaczego. Wcale nie tylko dlatego, że jadę w nowe lub znane miejsce.

Otóż lubię ten DETERMINIZM.

Tę nieodwołalność i nieodwracalność sytuacji, w której się znajduję. Te kilka godzin, podczas których nie ma opcji- nie mogę wysiąść, cofnąć się, zmienić zdania. I co najważniejsze, nie muszę w związku z tym podejmować żadnej decyzji, która wiodłaby do działania innego, niż dolecieć, dojechać i wysiąść u celu. U celu będę znowu miała autonomię ( i konieczność😉) wyboru co dalej, ale póki co, w trakcie podróży NIE MAM TEJ AUTONOMII FIZYCZNEJ. Chociaż przez krótki czas. Mogę zatopić się w sobie. W lekturze. W obserwacji. Przenieść umysł swobodnie w inne, dowolne miejsce – w tym sensie AUTONOMIA WZROSŁA. Taka spokojna autonomia bycia tam, gdzie ciało nie pozwala. A ciało jest tam, gdzie musi i nie może nic z tym zrobić. Filozofowie, psychologowie, z pewnością znają na to definicje i terminy. Ale mnie to na ten moment nie interesuje. Chodzi o światoodczucie.

Czy to nie dziwne? Może wcale nie. Może to oczywista oczywistość. Ale jednak dało mi to dzisiaj wielką satysfakcję: zdanie sobie sprawy, że ta przyjemność podróży w tak dużym stopniu wiąże się z ograniczeniem pewnej autonomii na rzecz innej jej odmiany, i że to właśnie część radości z jej przeżywania.

Rzecz niewarta dyskusji? Może jednak tak. Spowodowała mój namysł nad istotą stylu życia – zarówno mojego osobniczego, jak też szerzej mojego pokolenia, profesji, a nawet społeczności współczesnej w zakresie pewnych kulturowo definiowanych zjawisk wielofunkcyjności, życia na pograniczu ról społecznych, wydolności w świecie hybrydowym: wirtualnym i realnym.

Pracujemy hybrydowo, to i żyjemy hybrydowo. A wtedy wymazanie jednej strony tej damy pik– fizycznego awersu – pozwala nam na relaks mentalny i autentyczną przyjemność oglądania tylko rewersu. W końcu nie muszę myśleć i nieustannie podejmować decyzji! Mam tylko jednolity, gładki rewers. W końcu mogę zaznać spokoju od maili, telefonów, komunikatów, kontaktów, odpowiedzi, ubierania pracy zawodowej w treści i formę, słuchania innych treści i wykładów mistrzów, ustosunkowywania się do świata na każdy możliwy sposób, czego wymaga codzienność zawodowa i prywatna.

***

Czy wiecie, że FOMO to odwrotność tego, co nazywać zaczęto JOMO? Czyli JOY OF MISSING OUT? Czyli radość z wyłączania się z szumu informacyjnego i zbędnych, nadmiarowych kontaktow z ludźmi? Tych wirtualnych, ale także realnych? Że są osoby, które leczą się z powodu obawy przed następnym mailem?

***

No ale dobrze. W końcu to tylko moja/nasza sprawa jak układamy sobie organizację życia i pracy. Mamy wolność w doborze tempa i liczby zadań oraz skali wchłanialności informacji. Oczywiście.

Tylko że na te myśli nałożyło się wczoraj całkiem inne, też fizykalne doświadczenie spaceru po stołecznej Warszawie. Po samym jej centrum. Tam podwoiła się moja refleksja nad własnym stylem życia i pracy. Być może totalnie absurdalna dla niektórych, jak też niewykonalna w realnym wymiarze, kto jednak zabroni sobie poimaginować?

Spacerując spoglądałam na te ludzkie mrowiska, kilkudziesięciopiętrowe sky scrapers, które usiłują naśladować Mahnattan w Nowym Jorku, w których porą wieczorną widać przez szklane ściany, jak mróweczki uwijają się tam przy biurkach, a potem pędzą do siłowni na parterze, by dalej pędzić, symulować bieganie, napinać mięśnie, pobudzać krew, bo przecież zastoje limfy, żylaki, tkanka tłuszczowa, wiotczenie mięśni – tylko nie tych mózgowych łączy, bo te pracują, i tylko nie tych w dłoni, bo te pracują na klawiaturze. Paluszki biegają, plecki sztywnieją, garbik facebookowy rośnie, to trzeba jednak to zwalczyć, a że czasu nie ma po 10 h pracy, to szybciutko przed spaniem, jeszcze  w pracy. A niektórzy na pewno pobiegają w warszawskim Central Parku, trochę po drodze do domu. I potem zjedzą coś w którejś z setek knajp w pobliżu, wypiją piwo z kumplami lub sami i padną nieżywi do łóżka.

Od rana z powrotem to samo.

To też determinizm. I to jaki!

A jednak w pewien sposób, gdy sobie oglądałam ten świat, w dziwny sposób czułam, że chyba mogłabym tak żyć. W tym pulsie dużego miasta, w jego objęciach i barwach, zapachach. Tak maszynowo, w tempie zegarka, w jego przewidywalności. A więc jednak.. ten determinizm mnie kusi. Dlaczego? Dlaczego?

Bo jest taki… prosty. Taki schematyczny. Bo łudzi większą wolnością, mimo że dzień i doba mają swoją powtarzalność, przewidywalność. Teoretycznie, wybór jest (w końcu wybrali pracę itp.), ale po pracy – wracają i nie MUSZĄ. Mogą. Jeśli nie iść na siłownię, to wrócić do domu i zająć się tym domem. Podlać kwiaty, ugotować posiłek. Jeśli jest rodzina – pobyć z rodziną. Jeśli są dzieci – pobyć z nimi, chociażby godzinę lub dwie. Obejrzeć normalny film i przeczytać normalną gazetę lub książkę (nie EBOOK! NIE e-gazetę!! Nie książkę naukową a zwykły kryminał lub prozę!). NIE W EKRANIE.

Trzeci akcent. Usłyszałam wczoraj zdanie, w dyskusji, w uczelni, że „praca akademicka po prostu nie jest zdrowa”. Jakże nośna to konstatacja. Jakże wielowymiarowa, ale jeden zupełnie prosty aspekt wybrzmiał najbardziej: jeśli chcesz dobrze pracować, nie możesz i nie masz jak prowadzić zdrowego życia. Jeśli chcesz żyć zdrowo i w sposób zbalansowany – nie możesz dobrze wykonywać pracy.

Nie będę wyjaśniać, wszyscy ludzie akademii dobrze wiedzą, o co chodzi. Może więc będzie też jasne, dlaczego tęsknię za dozą determinizmu. Takiego prostego, a tak trudnego do osiągnięcia. Który nie będzie się podszywał pod wolność w kostiumie konieczności nieustannego dokonywania selekcji i rzekomych wyborów w stosie obowiązków.  

Oczywiście, że autonomia wyboru jest priorytetem i wartością. Jednak dotarłam do wniosku, że autonomia naprawdę potrafi zmęczyć, gdy wybór jest zbyt szeroki.

Wiadomo, wolność nigdy nie była łatwa😉

PS. w samochodzie mieszka wolność, dlatego go tak kocham i używam. Samochód smakuje wolnością, jest samą wolnością. W nim nie odpoczywam a żyję i steruję. Ale tęsknię czasem do zewnątrzsterowności. Ach, tak oddać komuś czasem kierownicę…. 😉

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s