NUDA

fot. GZDiZ

Czeluść piosenki

Potrafi wciągnąć

Ale nie do końca, bo nie wiem która

Zasługuje na to

Tyle słów, ale teksty podobne,

Tyle emocji – ale te są jak drobne

do parkomatu. Na godziny.  

Czy jeszcze coś mnie zadziwi?

widziałam już tyle za progiem,

Nuda czyha wrednie za rogiem

Skrycie zaciera ręce

i pyta: Czego chcesz więcej?

Ja… Coś muszę zrobić…

Nowego, Innego!

Tyle jest do zrobienia w życiu,

a ja siedzę

w fotelu pracy i powtarzalności dnia

w przymusowym pandemicznym ukryciu!

Na życia parkingu.

Chcę od życia więcej,

Szukam! Robię!

Czekam! Marzę!

Jadę!

A może… już nie będzie goręcej?

Parkomat wypluł monety

Zaciął się

Pewnie z nudą jest w zmowie

I tak parkujemy wbrew sobie

Bez poczucia winy

Ot, maszyny…

Po roku pandemii, 30 kwietnia 2021

Be-3

Bądźmy ze sobą szczerzy: czy istotnie przechodzimy przemianę?

W poszukiwaniu aksjologicznej równowagi.

foto: B. Karpińska-Musiał ‘w Gdańsku AD 2021

Symbolem Wielkanocy w tradycji chrześcijańskiej stało się jajko. W pogańskiej wersji były zajączki i kwiaty, związane z kultem wiosny. W obu przypadkach świętujemy jakiś rodzaj odrodzenia, nowego życia. Z jajka rodzi się nowe życie organiczne, wiosna natomiast odradza przyrodę w szerszym znaczeniu.

W AD 2021 ta symbolika nabrała jeszcze wyraźniejszego wymiaru, bowiem stanęliśmy przed globalnym i bezprecedensowym procesem wykluwania się jakiejś nowej rzeczywistości. Życzenia świąteczne nabierały innego sensu, nadzieja nadwątlona rokiem izolacji i widmem choroby, na chwilę jeszcze zatliła się w naszych umysłach i sercach. Czy zrewidowaliśmy już po wydarzeniu krytycznym, jakiego doświadczamy, jakąś autodiagnozę na temat tego, co przyniesie nam przyszłość?

Na pierwszej linii frontu w ostatnim roku pojawiły się gospodarka i edukacja. Obserwuję szczególnie tę drugą, gdyż kryzys pandemii w tym obszarze dotknął mnie i moją rodzinę najbardziej. Żal mi przedsiębiorców, obawiam się o gospodarkę, ale bliżej mi do problemu rozwoju moich synów i całego ich pokolenia, do problemów kształcenia studentów czy budowania relacji zawodowych, w tym samorozwoju w tym obszarze.

Obserwuję tu też ewolucję „temperatury” wokół miejsc gorących, dyskusyjnych, zmiany perspektyw, powolny proces adaptacji, przy jednoczesnych problemach natury emocjonalnej i psychicznej. Pandemia zwróciła światła jupiterów na problem polskiego systemu oświaty, w trochę mniejszym stopniu na obszar szkolnictwa wyższego, gdyż to radzi sobie stosunkowo nieźle. Ofiarami pandemii nie jesteśmy my jako nauczyciele akademiccy aż tak bardzo, jak nauczyciele szkolni, uczniowie niższych szczebli kształcenia oraz ich rodzice. Rodzą się obawy o zdrowie psychiczne w całej populacji młodzieży, która stanowi przyszłość kraju i Europy, a przez to obawy o cały łańcuch konsekwencji ekonomicznych i politycznych na następne dekady.

Dyskusje, pierwotnie gorące i dynamiczne, na temat edukacji zdalnej, przeszły w fazę powolnej adaptacji i rozwiązań hybrydowych. Wykluczenie cyfrowe wciąż jednak budzi emocje, gdyż wiąże się ze stanem zamożności a ten wciąż jest i będzie zróżnicowany. Ba, dostęp lub brak dostępu do komputera zostaje zdominowany raczej problematyką uzależnień cyfrowych, profilaktyki zdrowia narządów ruchu, rozwoju neuronalnego i biofizycznego.

Za tym idą trudniejsze sprawy: jak nasi młodzi wykształcą cechy socjalizacyjne wymagane na rynku pracy? Jak poradzą sobie z dorosłością, samodzielnością ekonomiczną, a co za tym idzie własnym samookreśleniem obywatelskim i zawodowym?  Łańcuch problemów się tylko wydłuża. Jednocześnie, żyjemy bombardowani ideami i ryzykami katastrof klimatycznej, politycznej i paru innych. Naciskają na nas rozmaite zagrożenia, według których powinniśmy układać swoje priorytety i wybory co do stylu życia, wartości, wyborów.

Ale żyjemy w świecie heterotopii, wielości i zróżnicowania tak wielkiego, że trudno tutaj o przyjmowanie spójnych dla większości strategii. Społeczeństwo polskie przez ostatnie trzydziestolecie wolności nie zostało gruntownie i spójnie przygotowane do demokracji oznaczającej współodpowiedzialność. Style życia w ekonomicznym liberalizmie zróżnicowały się, a co za tym idzie także wiodące wartości zostały „sprywatyzowane”. Społeczeństwo żyje w poczuciu wolności wyboru swojej „religii” – nie tylko tej, którą głosi się poprzez kalendarz liturgiczny i kościoły (różne), ale też religie prywatne: ideologie wyznaczające nam wartości i trzymające w nas mentalnie w poczuciu sensu.

W takim świecie będzie trudno wrócić do spójnej wizji zarówno szkoły, jak i uniwersytetu. Posmakowaliśmy nowych możliwości, nie wszystkie nam odpowiadają, ale też są grupy, którym odpowiadają bardziej niż kiedyś. Nastąpi ewolucyjna zmiana społecznego definiowania tego, co znaczy wykluczenie, równość, nierówność, wolność. Nagle niegdyś wykluczeni (np. osoby z niepełnosprawnościami, wykluczone z edukacji czy życia nauki i kultury) staną się teraz włączeni dzięki mediatyzacji do tych obszarów życia. Nowymi wykluczonymi staną się osoby bez dostępu do mediów i sprzętu. Nagle wykluczone kiedyś mniejszości uwolnią się z okowów norm obyczajowo – kulturowych czy ekonomicznych, znajdą się w homeostazie z większością, a wykluczeniu ulegną ci, którzy usiłują zachować konserwatywny porządek świata.

Przykładów i problematyk można mnożyć. Jedno je łączy: konieczność zaakceptowania przesunięć na skali wartości. Aksjologia 21 wieku zmienia się na naszych oczach w tempie nieznanym poprzednim pokoleniom. Wiele za tym idzie dobrego, jak i złego, ale trzeba się w tym odnaleźć. Dlatego za naczelną kompetencję tego stulecia należy chyba uznać rezyliencję, odporność na porażki, zdolność do psychicznej regeneracji na poziomie jednostki, obecność grup wsparcia, sztukę budowania nowych sieci społecznych opartych na zupełnie innych zasadach niż wcześniej.

W uniwersytetach mówi się o uniwersytecie ekologicznym, zintegrowanym „od nowa”, zrównoważonym. Musimy doświadczyć kryzysu, by dokonać tej zmiany (dr Marta Shaw właśnie potwierdziła to w swoim obecnie przedstawianym wykładzie na konferencji w Budapeszcie), bo grupy zawodowe i społeczne nie uczynią tego same z siebie, nie mają siły, nie wiedzą jak, toną w teoretyzowaniu, a nie wystarczy o tym debatować. To się dzieje od dekad i nie zrobiono nic.

Teraz pandemia wiele zrobi za nas, a my musimy znaleźć siłę, by się w tym odnaleźć na nowo. Nie trzymać się desperacko dawnego życia, bowiem czeka nas wówczas nieustająca frustracja i żal. Nasza przemiana osobnicza nie polega też na nieustannym debatowaniu o tym, co jest piękne, najpiękniejsze, najcenniejsze, bo dla każdego tak naprawdę jest tym czymś coś innego. Kochamy przyrodę, ale każdy w różnym stopniu. Kochamy dzieci, ale każdy w różnym stopniu i nie każdy chce je mieć. Kochamy zwierzęta – też każdy inaczej a niektórzy ich wręcz niezbyt lubią. Kochamy podróże, ale niektórzy nie polecą samolotem, bo ślad węglowy, a innym soki życia budzą wyłącznie dalekie eksploracje (czy mają się przesiąść do powozów?)

Zrównoważony świat to taki, w którym różne idee, wybory i preferencje znajdą swoje miejsce obok siebie. Poza tymi rzecz jasna, które grożą hegemonią i niosą ryzyka jakich byliśmy świadkiem w minionym stuleciu. Nie powtarzajmy tamtych błędów, unikajmy fundamentalizmu uniwersalizującego, ale odnajdźmy sens w różnorodności. Taki, który pozwoli nam – wielu różnym Innym – utrzymać napęd potrzebny do życia w poczuciu sensu i spełnienia, a nie nieustannej frustracji i zagrożenia.

Ono nas nie opuści już.

Będzie nam deptać po piętach.

Musimy je oswoić.

Be-3.

Różne typy RECENZOWANIA: między szafotem, podium a konstruktywną informacją zwrotną

Link do recenzji naukowej książki pt. TUTORING DROGĄ DO DOSKONAŁOŚCI ( autor recenzji: dr Anna Kola)

W życiu zawodowym wszyscy podlegamy zazwyczaj jakiemuś rodzajowi oceniania i ewaluacji. Nie tylko w karierze akademickiej, gdyż każdego rodzaju zawód posiada pewne standardy i procedury, których należy dotrzymać lub spełnić, chcąc tę pracę wykonywać dobrze, albo przynajmniej spełnić minimum oczekiwań pracodawcy. To żadna nowość w rzeczywistości “nowej Polski” po 1989 roku, kiedy to transformacja systemowa wprowadziła zasady wolnego rynku w życie ekonomiczne – a pośrednio – w życie społeczne.

Ocenianie odbywa się na różnych poziomach i w różnych formach. W szkołach standardowo są to oceny numeryczne lub opisowe, na studiach oceny i zaliczenia, w pracy – arkusze hospitacyjne, informacja zwrotna, ewaluacja nauczycieli, parametryzacja osiągnięć naukowych, oceny pracownicze. Lista jest długa, a każda z tych administracyjnych form ma swoje kryteria oceny. Zasadność i cele takich ewaluacji niesie dużo kontrowersji i bywa przedmiotem zagorzałych dyskusji w środowiskach, których dotyczy.

Szczególnego rodzaju ewaluacją są recenzje w świecie nauki: zarówno te dotyczące awansów naukowych, jak i publikacji: artykułów i książek. Im wyżej sięgamy, tym więcej kontrowersji rodzi się wokół standardów takiego oceniania, gdyż kryteria – mimo że coraz dokładniej precyzowane – spełniane bywają w sposób jakościowo bardzo różny i często uznaniowy.

Na te tematy powstają już osobne artykuły naukowe, oparte na analizach jakościowych i ilościowych, zatem nie mam zamiaru wnikać w szczegóły tych zagadnień. Chcę jedynie poddać refleksji dwa kluczowe moim zdaniem pytania, dotyczące profesjonalizmu i celu recenzowania dorobku innych w świecie nauki i edukacji:

  • ile jesteśmy w stanie się z recenzji, które zarówno piszemy sami, jak i dla kogoś – NAUCZYĆ?
  • ile nauczą się z nich adresaci naszych recenzji?

Recenzja ma dwie twarze, każda. Jest przede wszystkim narzędziem oficjalnej maszyny administracyjnej w instytucjach, a przez to też narzędziem władzy symbolicznej. A drugą twarzą jest twarz ukryta i niestety…. często pomijana, zaniedbana, jak twarz bez makijażu, kremu odżywczego, pielęgnacji:

UCZENIE SIĘ Z KONSTRUKTYWNEJ INFORMACJI ZWROTNEJ

UCZENIE SIĘ PISANIA KONSTRUKTYWNEJ INFORMACJI ZWROTNEJ

Przecież temu powinna służyć każda forma oceniania innych. Powinna stanowić kolekcję wskazówek, życzliwych rad, merytorycznych uzasadnień co materiał/dokonanie oceniane wnosi dobrego, a gdzie należy je dopracować, uzupełnić i wzmocnić. Konstruktywna informacja zwrotna jest sztuką, ma swoją strukturę, schemat, zawartość. Trzeba ją umieć dawać, jak i odbierać. I dopiero wtedy recenzja jakakolwiek ma sens dla obu stron, a przede wszystkim dla adresata. Przykładem takiej wysoce merytorycznej i wnikliwej recenzji jest ta, jaką otrzymała moja książka we współautorstwie pt. Tutoring drogą do doskonałości akademickiej. Ukazała się w czasopiśmie “Kultura i Edukacja”, napisana została przez bardzo kompetentną badaczkę dr Annę Kolę z UMK w Toruniu. Zachęcam do jej lektury , gdyż pokazuje dokładnie to, co jest największą wartością dobrej recenzji – merytoryczną analizę wartości publikacji, ze wskazaniem jej przesłania, atutów, ale także słabszych elementów do ewentualnego dopracowania w przyszłości w innych publikacjach autorek. Pokazuje też rekomendacje: kto może z takiej książki skorzystać. Z takiej recenzji można się tylko uczyć. Link do jej treści na początku tego wpisu.

Jeśli OCENIANIE JEST WYŁĄCZNIE SŁUŻBISTĄ FORMALNOŚCIĄ I NARZĘDZIEM WŁADZY, warto je wyeliminować w ogóle ze świata nauki i edukacji.

W dzisiejszym świecie cyfrowym, sami możemy nauczyć się przecież wszystkiego, wiedza jest na wyciągnięcie ręki, zatem po co ten kłopot? Kolejne fejkowe symulakrum by wypełnić formularze? Pozycjonowanie się hegemonów instytucjonalnych?

To, czego potrzeba, to żywej i merytorycznej relacji, w której UCZYMY SIĘ OD SIEBIE, a nie od maszyny. Ocenianie jest potrzebne, ale tylko wtedy, gdy jest relacyjne, uczciwe, kompetentne, rzetelne i życzliwe, spersonalizowane, odnoszące się do meritum.

A tymczasem nowy cesarz świata to zanonimizowany hejt…. 😦

Gorzej, często nie anonimowy, a odziany w białe rękawiczki.

8 marca – o zmiennej trwałości symboli kulturowych

Dzień Kobiet 2021; fot. własne

Dzisiaj muszę coś napisać, to dzień w końcu szczególny. Dla mnie podwójnie, ale o tym za chwilę. Krótko będzie, ale jak zwykle refleksyjnie. Zacznę od pożyczenia wszystkim Kobietom Świata, każdego zakątka Globu, tego by dzisiaj poczuły się wyjątkowe. Dostajemy życzenia, obdarzane jesteśmy wieloma miłymi i pięknymi słowami. To bardzo cenne upełnomocnienie, sympatyczny gest relacyjny. Bo wiele kobiet w życiu codziennym niekoniecznie doświadcza tego, co niosą piękne słowa życzeń. Ale równie dużo czuje się dzisiaj spełnionymi, kochanymi i wielowymiarowo ważnymi obywatelkami, matkami, żonami, przyjaciółkami, córkami, partnerkami, profesjonalistkami.

Nie mogę zacząć pisać o historii emancypacji i walkach kobiet w ujęciu historycznym (także współczesnym), ponieważ to nie miejsce na taką rekonstrukcję. Chcę jedynie wspomnieć o pewnej dość oczywistej kwestii, jaką jest …

ulotność kulturowej symboliki Dnia Kobiet.

Kiedyś nazwanego Międzynarodowym i jako takim obchodzonym jeszcze w poprzednim systemie politycznym w Polsce. Wówczas, jako dziewczynka, obserwowałam rytuały związane z tym dniem: obowiązkowy goździk w pracy czy szkole, kwiaty dla ulubionych nauczycielek, kwiaty od chłopaka czy narzeczonego, ojca. W zakładach pracy kobiety dostawały czasem paczuszkę rajstop (tak tak! towar deficytowy), niekiedy bombonierkę. Był to powszechny rytuał i w tamtym czasie lubiany i akceptowany. Nikt się nie buntował, że to przejaw dyskryminacji, wyższościowego lub infantylizującego stosunku mężczyzn wobec kobiet. Było to przyjemne i sympatyczne, chociażby tylko powierzchniowe, powierzchowne i kryjące wiele nierówności za kulisami. Kultura jednak na tym polega, że pielęgnuje rytuały, często pozorne.

Ale ten symboliczny rytuał wyewoluował, chociaż jeszcze nie zanikł pośród morza nowych „świąt”. Dorzucono powoli najpierw Dzień Chłopaka, potem Dzień Mężczyzny – dla parytetu – i słusznie – ale także rozparcelowano Dzień Kobiet na Dzień Dziewczynek ( tak mi się wydaje). No tak, w końcu skoro Chłopaka, to i Dziewczyny. Z upływem lat dodawano w kalendarzu całe mnóstwo nowych świąt i okazji, jak Międzynarodowy Dzień UFO, czy Światowy Dzień Czekolady albo Dzień Słomki do Picia. Zrozumiem jeszcze Międzynarodowy Dzień Kota (chociaż przypada w moje urodziny😊), ale już powyższe lub Dzień Sprzątania Biurka – zastanawia mnie.

Pewnie dla młodego pokolenia jest to rodzaj zabawy, dla średniego, chwila na refleksję. W średnim czy starszym pokoleniu seniorów jednak tkwią jako znaczące święta z przeszłości, owe Dni Kobiet, Matki, Ojca, Babci, Dziadka, które jako nieliczne przeplatały się ze świętami kościelnymi (w każdym kraju europejskim nieco odmiennymi ale w dużej mierze uwspólnionymi w zależności od dominującego wyznania). To tylko pokazuje, że cała kultura ewoluuje na naszych oczach: coś pozornie trwałego dla generacji, okazuje się kruche i zmienne. Przychodzi nowe, które dla nas nie ma już takiego znaczenia, wagi i nie wpisuje się w nasze rytualizowanie świata. Nic nowego, normalne. Tak po prostu jest, ale warto o tym sobie przypomnieć przy okazji Dnia Kobiet.

Wracając do początku tego wpisu, chcę dodać, że ja widzę to jeszcze przez pryzmat osobisty.

To dzisiaj bowiem, 8 marca, od zawsze obchodzę imieniny😊

Z reguły, przez całe życie, dostawałam kwiatka „podwójnie”, a niektórzy twierdzili że to niesprawiedliwe.. Nie, ja to postrzegałam pozytywnie: przynajmniej pamięta się o moich imieninach trochę częściej, niż w przypadku innych!

Jednak i ten rytuał się zmienia. Dzisiaj, szczególnie w młodszych pokoleniach, imieniny zostały w naszej kulturze wyparte przez celebrację urodzin. Moi synowie zasadniczo już nie wiedzą nawet dobrze, kiedy przypadają ich imieniny…. Ta tradycja, poniekąd związana z patronami, a więc o religijnym rysie, wymiera wskutek laicyzacji pokoleniowej.

Hmm, w związku z tym warto by chociaż ten Dzień Kobiet pozostał i nie zniknął w morzu innych świąt, celebracji i form przypomnienia, jak ważną rolę w historii odgrywają kobiety – wszystkie: te wielkie i te nie-wielkie. Znane i nieznane.

Ratujmy 8 marca😊

Nie jako schedę po komunie, a jako okazję do docenienia siebie nawzajem, razem z naszymi mężczyznami.

A ja czasem dostaję kwiatka, czasem nie… i to też jest ok.

Rytuały są ulotne.

Happy Women’s Day!

„Moda pandemiczna” w home office, home classroom lub home lecture hall – czyli ile oszczędzamy czasu, wysiłku i pieniędzy pracując przed komputerem?

Wczoraj przy śniadaniu, po porannym seminarium i na pół godziny przed rozpoczęciem kolejnego zdalnego wykładu, budząc się nad kawą jak na rdzenną „sowę” przystało, dotarło do mnie coś całkiem oczywistego. Może to efekt powolnego rozruchu szarych komórek dopiero około godziny 10:00, a może efekt kofeiny… jednak z lekkim poczuciem przerażenia uświadomiłam sobie, jak ja mogłam  – kiedyś, dawno, w innej epoce – już o tej porze dawno być w uniwersytecie, często po jakiejś godzinie wykładu lub przed kolejnym, ubrana, wyszykowana, w pełnym „kobiecym” rynsztunku, uczesana i ogólnie „ogarnięta” umysłowo i fizycznie….. To był cud jakiś.

Online presentation on teaching students with specific learning difficulties ( made by a student) – fot. B. Karpińska-Musiał

Przecież to wymagało wstania co najmniej o dwie godziny wcześniej niż obecnie (dwie godziny rano dla sowy to wieczność!), szybkiej toalety, szybkiej kawy z nerwowym zerkaniem na zegar co kwadrans, często w aurze poganiania młodzieży, by na czas wyjechała do szkoły, ze skurczonym często z pośpiechu i zjedzonym z poczucia rozsądku śniadaniem (nie jadam zaraz po obudzeniu, z reguły mam ochotę na brunch najwcześniej około 10:00 – 11:00)…. Pierwszy oddech relaksu brałam dopiero w samochodzie, i to wtedy, gdy wyjechałam w miarę na czas, o godzinie nie przewidującej korków. Bywało, że korki ukochały sobie jakąś nietypową porę, bo przebudowa ulicy, bo promocje w galeriach, bo wypadek, bo ślisko, mokro, bo deszcz i generalnie często coś…. Więc wtedy żołądek nadal jakoś kamienny, mimo ulubionej muzyki z płyty, mimo krótkiej w sumie drogi do pracy. Znacie to?

Wpadało się do uczelni, często w oparach dymu palaczy tupiących zimą przed wejściem, w patio, bo w środku nie można. Nie palę, nie lubię dymu, śmierdzą mi potem rzeczy, właśnie umyte włosy, ale jakoś ogłoszenia, rozporządzenia uczelniane, kartki wywieszone – nic nie działa na palaczy. Biedni tacy, że muszą stać na zewnątrz, ale nie zrozumiem nigdy, czemu przed wejściem, tak że nie – palacze muszą i tak przeniknąć przez chmurę Marlboro czy innych tam dzisiaj modnych fajek. Ale cóż, ważne, że nie w środku, ważne że docieramy na czas. Ważne, że było miejsce na parkingu. Wywietrzę się później.

W końcu jest – aula, sala, nawet klucz odebrany na czas (czasem jest kolejka)… ufff. W końcu grupa studentów siada, mały small talk, warm – up, intro, recap itp. Mózg się obudził, można żyć. Można pracować.

Gdy tak sobie wspominam nad kawą w ciepłej własnej kuchni (za oknem deszcz, wiatr lub śnieg, szaro lub ciemno) tamte czasy, często zresztą powracające w rozmowach i dyskusjach w środowisku, to poważnie się zastanawiam nad proporcjami wad i zalet obecnej sytuacji.

Wady: niby oczywiste. Socjalizacja, żywy kontakt z człowiekiem, relacja twarzą w twarz, pełna niuansów, mowy ciała, nastrojów, responsywności i płynności – brak. Wiedza aż kipi, współtworzy się, konstruuje i rekonstruuje na żywo – brak. Krzesła twarde, niewygodne, ale mieszamy się w grupy, teams’y (nie te wirtualne), wstajemy, siadamy, piszemy, dyskutujemy, a na wykładzie można chodzić w lewo i prawo, siadać, wstawać (tylko wykładowca) – studenci mogą siedzieć, spać, nie spać, słuchać, notować lub siedzieć na FB. Nie sprawdzimy nigdy co naprawdę robią, tak jak nie sprawdzimy tego spoza monitora komputera. No ale jednak brak.

Ważne: może nie dla wszystkich? Musieliśmy zwykle sprostać pewnemu dress-code, wyglądać przyzwoicie, najlepiej niezbyt anachronicznie (studenci zwracają na to uwagę), ale też niezbyt wyskokowo. Drobne akcenty ekstrawagancji zjednują studentów, ale już niekoniecznie przełożonych czy kolegów/koleżanki (chociaż nikt oczywiście nigdy nic nie powie wprost, bo w końcu wolność i swoboda).

Zalety: no cóż. Większość nauczycieli i akademików raczej pomstuje na obecną zdalną pracę dydaktyczną. Jednak spójrzmy na to w ten sposób: owszem, ubrać się trzeba, ale już buty, spodnie czy spódnica nie mają znaczenia. Kolekcjonujemy co najwyżej bluzki, sukienki. Apaszki odpadają, podobnie jak biżuteria (niezbyt widać, nie ma co). W apaszce czy szaliku w domu się nie siedzi. Makijaż, dla niektórych ważny i czasochłonny, można zminimalizować (nie widać). Manicure – tym bardziej. Ok, fryzura. To wciąż kłopot: fryzjerzy na zapisy, więc trudniej się wybrać. Bywa więc, że wraca do łask gumka, spinki i tyle. Albo dobre cięcie, tak by starczyło na jakiś czas.

Stylizacja pandemiczna obejmuje panie i panów, chociaż ci ostatni mają jeszcze łatwiej (czy to pierwszy raz?). Wystarczy kolekcja koszul i fryzjer raz na miesiąc. Natomiast dla pań ubrać bluzkę, koszulę i spiąć włosy – jakaż to oszczędność czasu, prawda? Jaka wygoda! Szybka akcja „powrotu do dresu” zajmuje po zajęciach pięć minut, można w kwadrans być w outficie na spacer, jogging czy nordic walking.

Czy przypominacie sobie możliwość wyskoczenia na ostry marsz czy bieganie w okienku pomiędzy zajęciami?

Ja nie. A teraz to możliwe.

Czy miałyśmy możliwość nastawienia zupy lub dania do piekarnika na czas jednego wykładu, po którym obiad był od razu gotowy?

Nie. A teraz to możliwe.

Nie wspominam już o nie wydawaniu na paliwo, gdy nie dojeżdżamy do pracy (jakie to eko😊). Nie zdzieraniu opon, nie wydawaniu na naprawy…. (niestety wciąż na ubezpieczenie). Nie kupowaniu kart komunikacji miejskiej (kto korzystał..), nie wystawaniu na przystankach (kto musiał).

Nie idealizuję pracy zdalnej. Siada nam wzrok, przybywa słodkich kilogramów (nie przez brak zdrowego ruchu, a raczej brak notorycznego pośpiechu i bycia w stresogennym biegu).

Ale wolę widzieć dobre strony, póki i tak jesteśmy na nią skazani.

Always look on the bright side of your life… – kto to śpiewał?

Powodzenia w pandemicznych stylówkach! Niedługo wejdzie chyba „moda zdalna” – biznes nie znosi próżni 😉

Be-3

A miało być tak pięknie, na „lata 20-te”

Kończy się, jak wszystko. Ten rok 2020. Wydaje się, że rozpoczynał się jakąś całą erę wcześniej, a to nieprawda: jak co roku, jak zawsze, rozpoczynał się równo 12 miesięcy temu. A jednak była to inna era – era przed-pandemiczna. My akurat osobiście rozpoczęliśmy go balem w Teatrze Muzycznym w Gdyni, z przyjaciółmi. Mogliśmy ten bal zaplanować, a wręcz musieliśmy uczynić to na pół roku w przód, gdyż bilety na koncert i potem bal „wyprzedawały się” w lipcu….

fot. Beata Karpińska-Musiał

Po balu w zimowe ferie narty w Austrii. Słychać było o koronawirusie, ale ten panował na drugiej półkuli, daleko w Chinach. Przyjaciele spędzali w Tajwanie ferie zimowe, zatem nie mogło być źle…

A potem drugi bal, na „lata 20-te” w Uniwersytecie Gdańskim. Dla pracowników, tuż przed pierwszym niespodziewanym lock-downem. Dosłownie na tydzień przed.

I bum! Nagły zwrot.

Po warsztacie, który poprowadzili w UG gościnnie na początku marca br., w ramach „Mistrzów Dydaktyki” akademicy z Arhus, z Danii, na drugi dzień nie poszliśmy już do pracy. Nastał czas epidemii, a potem pandemii, pierwszej od stu lat po grypie „hiszpance”. Od tamtego czasu prawie 80 mln ludzi na świecie zakaziło się Covid – 19 a prawie dwa miliony zmarło. W Polsce mamy niespełna 1,5 mln zakażeń, a 27 tysięcy osób zmarło (dane na 28.12.20). Wielu znanych nam przyjaciół, znajomych, albo stracili kogoś bliskiego/znajomego, albo sami chorowali.

Czyżby rok 2020 okazał się pewnym progiem, rokiem granicznym, niosącym nowe turbulencje na miarę okresu międzywojennego przed stu laty? Przecież i wtedy Polska, mimo uzyskania niepodległości, nie cieszyła się stabilną, komfortową sytuacją polityczną i społeczną. Jakim „odzwierciedleniem” ówczesnych wstrząsów stał się pandemiczny rok 2020?

Ktoś powie – przecież mamy zupełnie inny świat. Inne warunki, inną świadomość. Jesteśmy po rewolucji cyfrowej, która zmieniła społeczną strukturę komunikacji, relacji społecznych, pojęć porażki, sukcesu, wojny i pokoju. To nie to samo. Prawda: dzisiaj wojną nazwiemy wojnę kulturową o regulacje Trybunału Konstytucyjnego, o rozwiązania proekologiczne lub ich brak, o tożsamość płciową. Kiedyś wojna oznaczała coś zupełnie innego, ale takie prawo historii. Dzisiejsza wojna to wojna o przetrwanie gatunku, nie tylko rzadkiej odmiany owada czy delfina, ale człowieka. Bo odezwał się wróg bez czołgów: wirus bez kontroli, który atakuje i zabija słabych ludzi.

Podnieśliśmy antropocentryczne sztandary i barwy narodowe, bagnety ponownie nabiliśmy na broń, osiodłaliśmy rumaki, jak kiedyś, pod barwami danego króla. Zerwaliśmy się na pole bitwy osamotnieni, bo każdy kraj musi teraz walczyć o swoje przetrwanie. Nagle problemy tzw. pierwszego świata, w tym nawet migracje ludzkości, głód, ekonomia, zeszły na dalszy plan. Poczekają – teraz trzeba przetrwać w okopach własnego narodowego „brandingu”.

A jednak w szrankach walczących są wyłomy, są nadal rycerze teorii spiskowych, dyskutanci, teoretycy, malkontenci, a także naukowcy. Ci jednak pozostają na tyłach, na front wysyłając lekarzy skazanych moralnie na walkę o życie. W końcu to oni składali przysięgę Hipokratesa… I to oni są autentycznymi bohaterami tego minionego roku. Na szczęście coraz częściej słucha się ekspertów, w tym naukowców, którzy próbują racjonalizować świat usiany mitami, zwątpieniem, fake-newsami i politycznymi przepychankami.

My, zwykli ludzie, doświadczyliśmy w obozowiskach wojennych, w naszych namiotach o różnej strukturze (teraz nie ważnej), co to znaczy CZEKAĆ. Co to znaczy żyć w izolacji, obawie, niepewności, nie wiedząc do końca jak rozumieć tego niewidzialnego wroga. Miotając się od sceptycyzmu, przez racjonalizm po lęk, autentycznie rozumiejąc teraz, co pisał Toffler o życiu  z ryzykiem w tle.  A ponieważ żyjemy w stuleciu indywidualizmu i uprawomocnienia do własnej interpretacji świata, każdy z nas myśli o COVID-19 trochę inaczej. Niektórzy stracili bliskich, inni otarli się o chorobę, inni polegli, jeszcze inni ją przeszli i wyzdrowieli, a inni nadal w nią nie wierzą.

Więc żyliśmy w 2020, analogicznie do naszego zróżnicowanego myślenia, różnie. Jedni całkiem normalnie, pracując jak zwykle, wykonując zawody publiczne wysokiego (służba zdrowia) lub niższego ryzyka. Musieli zmierzyć się z ryzykiem, oswoić je. Żyli w wielkim stresie lub mniejszym – zależnie od możliwości. Inni pracowali zdalnie, zaszyli się w twierdzach domowych, odkrywając plusy i minusy izolacji społecznej. Jedni i drudzy musieli nadal kupować żywność, by żyć, i tylko w tym celu pomykali po nocach po pustawych marketach. Jeszcze inni – jakby nigdy nic, oddawali się konsumpcji handlowej w galeriach, podróżowali po świecie, gromadzili się na protestach, a nawet imprezowali w klubach gdy te były jeszcze otwarte w wakacje 2020. Uczniowie zapominają powoli, co znaczy szkoła w rozumieniu instytucji, społeczności rówieśników, odwykają od flirtów, bójek, hobby, sportu i imprez. Ale zdali semestry, wiedzę JAKOŚ nadbudowali, a rodzice i nauczyciele zachodzą w głowę:

Czym w takim razie jest SZKOŁA?

Co za kolorowy, różnobarwny, kontrowersyjny świat! Już chociażby ten fakt różni rok 2020 od tego sprzed stu lat, gdy Europa musiała radzić sobie z reperkusjami I wojny światowej. Nasi młodzi nie chodzą do psychiatry z traumą psychiczną po  walkach pod Verdun. Oni chodzą z traumą „nadmiaru wyboru niemocy”, czasem z braku dialogu z rodziną albo z powodu jedynek w dzienniczku. W tym roku dodatkowo runął – tymczasowo jednak – ich świat relacji.

W jednym i drugim przypadku, ci co przeżyli 100 lat temu i przeżyją dzisiaj musieli (muszą) zbudować nową rzeczywistość. Inną.

Na czym będzie polegała ta inność w 2021 w Polsce i Europie?

Co planujemy na ten szczególnie Nowy Rok jako jednostki, rodziny?

Co się będzie liczyło w skali kraju, Europy, świata?

Czy mamy jeszcze poczucie jakiegokolwiek sprawstwa społecznego, indywidualnego, globalnego?

Przecież tak bardzo je czuliśmy jeszcze rok temu…

Życzę nam wszystkim, by otwarła się nowa karta historii lepszej, opartej o:

– harmonię w różnorodności,

– etykę w wielości religii,

– możliwość sprawiedliwości w mozaice systemów ekonomicznych,

– bezpieczeństwo w morzu zagrożeń klimatycznych,

– przyjaźń, a nie przemoc między gatunkami.

– w tym wszystkim – szczęście i poczucie dobrostanu każdej ludzkiej i nie-ludzkiej istoty (bez zachwiania wszak proporcji, bo żadna przesada nie jest dobra).

Bo ostatecznie, to „tylko” kolejny Nowy Rok.

HAPPY NEW 2021!

Be-3

FIZYCZNE, REALNE A WIRTUALNE – nowa ewolucja już tu jest

Jadąc dzisiaj REALNYM samochodem do REALNEGO miejsca pracy (w celach bynajmniej nie dydaktycznych, zajęcia odbyłam rano online) zdałam sobie sprawę, że przyjemność sprawia mi zwyczajna jazda po przysypanej złotymi liśćmi ulicy, szum silnika, sterowanie maszyną. Robienie tego FIZYCZNIE (skrzynię biegów mam ręczną). Radość sprawiło mi chłodne, ostre powietrze na policzkach, krótkie spotkanie z koleżankami z dziekanatu, trzy minuty rozmowy. Potem równie krótki przemarsz ulicą, po „okazyjne” drobne zakupy. Co za minimalizm…..

Wróciłam do domu, oddając się tradycyjnym czynnościom około-obiadowym, jak najbardziej FIZYCZNYM, bo Młodzież sztuk 1 powinien zjeść przed pójściem na REALNY kurs angielskiego (tak! jedyna ostoja normalności nastolatka to spotkania z 3 uczestnikami i nauczycielem na popołudniowym kursie dodatkowym raz w tygodniu). A potem powrót całej rodziny do… sieci. Do życia zawodowo – towarzysko – informacyjno – służbowego. WIRTUALNEGO, JUŻ NIE FIZYCZNEGO.

A w tej przestrzeni coraz więcej mieszanki emocjonalnej: od polityki po poradniki. Od konferencji do eminencji. Hejt (moderowany, zależy w jakiej bańce się poruszamy), po tao i buddyzm. Cud -przewodniki po eco – kosmetyki. Oferty handlowe i odzieżowe. Od food-pornu po grupy wsparcia w poważnych sprawach. Crowd-funding  dla chorych dzieci i kotów obok ofert luksusowych hoteli (walczących także o przetrwanie, tylko inaczej). Wiem, można bańkę sobie moderować, ale.. czy nam się chce..? Mamy zbyt dużo podstawowych obowiązków “medialnych”

Uff, na szczęście zdarzają się też merytoryczne, cenne dyskusje osób poważnych, mądrych. Wesołe żarty i memy, inteligentnie rozweselające dzień, budzące refleksję. Czasem świetne zdjęcia miast i miejsc, historyczne i współczesne. Bywa, że i wirtualne spacery po muzeach i po wystawach. Duża część społeczeństwa pracuje przed ekranem po parę godzin dziennie, czasem nawet do 12.  Odwiedzamy WIRTUALNE biblioteki, czytamy gazety, artykuły, e-booki. Nasze dzieci spędzają po 8 – 9 h „w szkole”. Realnie. W głowach. Choć wirtualnie.

Naprawdę wiedziemy w sieci niezłe życie, a z pewnością rozmaite, interaktywne. Dlaczego więc bywamy FIZYCZNIE zmęczeni, a psychologowie biją na alarm o traumie społecznej? Bolą plecy, nadgarstki, czasem wręcz inna część ciała… Długa ekspozycja na niebieskie światło wieczorem utrudnia zasypianie. Głowa pracuje aż za bardzo w porównaniu z resztą ciała, mózg coraz trudniej i wolniej się wyłącza. Spada kondycja. Brakuje nam „fizyczności”, niekiedy nawet rozmowy, mimo paru osób w domu – bo każdy przecież „żyje” w swojej bańce. Sport – jesienią – coraz trudniejszy, a nawet jak jest czas, to… czy nam się chce..? REALNIE się nie chce.

A więc psychologowie mają co pisać o depresji, ekonomiści o gospodarce, pedagodzy o transformacji edukacji, politycy o … lepiej nie pisać. Lekarze o COVID – 19. Szpitale o śmierci. REALNEJ.

Coraz trudniej w tym wszystkim zachować REALNY uśmiech i optymizm. Działać, uczyć się oraz nauczać innych, pracować, wieść życie towarzyskie (nawet telefoniczne), zachować zdrowie, ubrać się inaczej niż w dres domowy, zrobić makijaż, skoro pracujemy „na wizji”… Zmienić fryzurę 😉 (właśnie wypróbowałam, robi dobrze!). Niestety optymizm wypala się, jak obserwuję, nawet u najwytrwalszych. Koleżanka Agnieszka, socjolożka,  napisała dzisiaj na FB, że się „zwijamy do środka”. Trafne określenie. Dokąd się zwiniemy? Co robić, by się samemu nie „zassać” z samym sobą, jak czarna dziura w kosmosie?

Ja nadal  – chociaż z coraz większym wysiłkiem – usiłuję różnicować aktywności dnia. Zrobić FIZYCZNIE krótki spacer, REALNY makijaż, REALNY obiad. Niedługo Święta, zabłysną światełka. Ciemne ulice zrobią się kolorowe – obyśmy mogli na nie wyjść na spacer. FIZYCZNIE.

Jako całożyciowa optymistka trochę zazdroszczę teraz urodzonym pesymistom – im teraz musi być całkiem dobrze, prawda? 😉

Jest na co narzekać! Ponarzekać od czasu do czasu jest dobrze, byle nie za długo.

Ech, idę po lampkę wina… oraz, przejrzeć REALNĄ gazetę, taką z papieru !! Kupiłam sobie w ramach wyjątkowej, FIZYCZNEJ przyjemności😊 Gdy w rodzinie zapytali mnie po co, bo przecież mamy prenumeratę w sieci, odparłam tylko:

Bo chcę jej dotknąć i ją powąchać:-)

Be-3

„Centryści” wobec polaryzacji idei i prawa – czy jest dla nas miejsce?

Przez ostatnie parę dni zastanawiałam się, czy i w jaki sposób wypowiedzieć się na temat wojny ideowej, jaka toczy się w naszym państwie od czwartku. W dodatku na tle wojny biologicznej toczonej od prawie roku. Powstrzymywałam się, obserwując to, co dzieje się w sieci, jak polaryzują się poglądy znanych mi  i nieznanych osób, jak reagują kobiety, mężczyźni, instytucje, uczelnie i inne opiniotwórcze podmioty. Chwilowo na margines odesłano edukację i jej problemy zdalności, mimo że to – paradoksalnie – edukacja jest największym polem do popisu jeśli chodzi o zakończenie tej wojny na zasadach win – win (czy da się? – nie wiem).

fot. Beata Karpińska-Musiał: fragment murów miejskich w Chojnicach

Jeśli jesteśmy jakoś tam obecni w mediach, to prawdopodobnie czujemy się „wezwani do tablicy”, by także określić swoje stanowisko. Skoro zajmują je osoby prywatne, nawet te, które dotąd pozostawały w kuluarach swojej prywatności i nie zajmowały otwarcie głosu na tematy publiczne. To, że celebryci i influenserki zajmują głos, to mnie nie dziwi – to właśnie jest czas, by było ich słychać. Wypowiadają się na mniej istotne tematy, a teraz pora, by użyli swej popularności w szczytnym celu.

Dlatego postanowiłam napisać kilka zdań „u siebie” także, by ci, którzy gdzieś tam od czasu do czasu poczytują moje krótkie refleksje, nie czuli się zawiedzeni. Tym bardziej, że sytuacja pandemiczna nie pozwala nam się spotykać na kawie i podzielić swoimi opiniami na żywo. A przecież potrzebujemy tej relacji, nawet jeśli zaprośredniczonej medialnie.

Więc krótko i zwięźle, ale mam nadzieję konkretnie: przede wszystkim, bierzemy udział w debacie nierozwiązywalnej. Problem, z jakim mierzymy się po wyroku TK w sprawie ustawy antyaborcyjnej jest problemem bez dobrego rozwiązania. Ponieważ:

– jeśli zastosujemy literę prawa, chcąc żyć w państwie praworządności, to musimy traktować prawa człowieka i definicję ludzkiego życia według tejże litery. O tym, że kwestie prawne wokół zagadnienia są wysoce złożone i bynajmniej nie muszą być zgodne z przekonaniami laików w tej mierze, przekonałam się czytając dzisiaj dyskusję prawników na ten temat;

– jeśli zastosujemy literę uznaniowości, czyli ideologii i światopoglądu wypływającego z danej opcji światopoglądowej, to przy obecnej polaryzacji i poczuciu wolności w demokratycznym (przynajmniej przez ostatnie 3 dekady) państwie, a przez to pokoleniach w nim po roku 90-tym urodzonych, nie jesteśmy w stanie osiągnąć kompromisu. Kompromisu na temat tego, w którym momencie rozpoczyna się życie, kiedy mordujemy życie, a kiedy „spędzamy uszkodzony płód”. To odwieczny konflikt między naturalistami a ideowcami, między biologistycznym obiektywizmem, a społeczną konstrukcją rzeczywistości, czymkolwiek kreowaną (religią, filozofią, sumieniem, prawdą subiektywnie rozumianą itp.).

Wydaje mi się, że jedynie te kryteria pozwalają już zdać sobie sprawę, że wojna jest poważna i że będzie się toczyć do ostatniej kropli krwi. Bo państwo, które powinno być rękojmią prawa, pozwala sobie na jego dowolną interpretację, grając do bramki ideologii. Z drugiej strony, w samym społeczeństwie mamy podzielone poglądy co do tego, które prawo: boskie czy ludzkie, powinno tu obowiązywać.

Możemy pluć sobie w twarz z obu stron barykady w nieskończoność, ale dopóki nie przyjmiemy jednej uwspólnionej definicji prawa obowiązującego wszystkich, nie dojdziemy do porozumienia na polu ustawodawczym, a tym bardziej emocjonalnym. A wtedy zawsze znajdą się osoby, które będą interpretować prawo dowolnie – po jednej i drugiej stronie.

Osoby, które mnie znają osobiście zgodzą się, że reprezentuję raczej centrystyczne, liberalne poglądy polityczne, a moje zaangażowanie społeczne nie uwidacznia się krzykiem na barykadach. Dałam temu wyraz w kilku dyskusjach, na żywo czy w sieci. Nie uznaję popadania w ekstrema, nie przekonują a wręcz odstręczają mnie wulgaryzmy i ostre akcje publiczne. Opowiadam się za demokracją liberalną, z drobnymi skrętami niekiedy w kierunku konserwatywnych wartości, co daleko jednak leży od  obecnie wypaczonej wersji instytucjonalnego katolicyzmu, czy też – z drugiej strony – anarchizującego liberalizmu. Równie mocno wspieram niektóre lewicowe inicjatywy czy też dzielę przekonania wspólnotowe. Lubię jednak środek, nie dlatego że jest bezpieczny, ale dlatego, że pozwala z meta-poziomu przyglądać się sytuacji i nie popadać w skrajności. Mam swoje określone przekonania odklejone od lokalnego, a nawet narodowego patriotyzmu i idących mu w sukurs haseł, dając im wyraz swym życiem prywatnym oraz publicznym, wykonując zawód akademiczki (publiczny i pozwalający na krytyczną ocenę i wymianę opinii, edukowanie młodych pokoleń, dyskusję). Widzę, w którą stronę ewoluują idee młodego pokolenia, kształcąc studentów i mając trzech synów.

I ostatecznie jako matka właśnie, trojga synów, nie wyobrażam sobie NIGDY, by ktoś za mnie i mojego męża (tak, jego zdanie też się liczy) decydował o tym, czy mamy mieć dzieci, ilu, jak też kiedy i w jakich okolicznościach. WOLNOŚĆ WYBORU JEST DLA MNIE ABSOLUTNYM PRIORYTETEM, tylko ja o tę wolność, rodząc w latach 90-tych, potem wczesnych dwutysięcznych nie musiałam aż tak walczyć. Stąd też wolność mam wdrukowaną jako oczywistą – chciałam mieć potomstwo, to miałam. Nie bez trudności, nie bez drobnych powikłań, w których niwelacji akurat publiczna służba zdrowia wsparła mnie wówczas na najlepszym poziomie, ale z cudownym efektem finalnym. Macierzyństwo determinuje mnie mocno, ale to było macierzyństwo Z WYBORU.

Nie z konieczności, nakazu, nie z przymusu.

Stąd też rozumiem protest kobiet i liczę – może zbyt idealistycznie – na to, że państwo stanie się w końcu państwem prawa. Że zwycięży rozum, a prawo ureguluje  nie tylko sytuacje skrajne (gwałt, patomorfologia, zagrożenia życia kobiety) – ale także aborcję na życzenie, której jestem równie przekonaną przeciwniczką.

Czy jest miejsce na taki kompromis w Polsce?

Czy jest miejsce na wolność do, a nie od? Wolność kobiety do rozumnych decyzji? Prawo kobiety do ochrony WŁASNEGO ŻYCIA ? Wolność  do stawiania czoła naturze, która jakkolwiek szczodra, bywa współcześnie zagrożona cywilizacyjnymi wpływami i grozi deformacją biologiczną w łonie matki? Jedną – chcianą – ciążę poroniłam – stosunkowo wcześnie – przed laty. Natura akurat u mnie zadziałała na własną rękę. Pamiętam swój płacz, ale też poczucie pewnej ulgi. Coś poszło nie tak. Czy byłabym tak szczęśliwą i spełnioną matką, gdyby stało się wówczas inaczej? Nie wszystkim kobietom jest to jednak dane. To ruletka.

Wolność i odpowiedzialność przede wszystkim.

W towarzystwie rozumu. Potrzebujemy nowego oświecenia.

I wracamy do… EDUKACJI.

Obyśmy zdążyli, zanim krata więzienna opadnie i zamknie nas w twierdzy średniowiecza.

Be-3

Tutoring drogą do doskonałości akademickiej — Wczoraj przeczytane

Wpis poświęcony książce zatytułowanej Tutoring drogą do doskonałości akademickiej. Percepcja i implementacja personalizacji kształcenia w polskim szkolnictwie wyższym w latach 2014 – 2019, autorstwa Agnieszki Dziedziczak-Foltyn, Beaty Karpińskiej-Musiał i Adrianny Sarnat-Ciastko rozpocznę od przytoczenia definicji tutoringu, którą przyjmują wymienione wyżej Panie, publikując na końcu omawianej monografii “Wykaz terminów związanych z tutoringiem”. Według nich tutoring to: […]

Tutoring drogą do doskonałości akademickiej — Wczoraj przeczytane

Pozwalam sobie przywołać “u siebie” dzisiejszy wpis Pana Profesora Romana Lepperta, którego dokonał on na swoim blogu poświęconym książkom wartym przeczytania. Jest do dla nas – autorek tej pozycji – duży zaszczyt i przyjemność, że ceniony w Polsce pedagog zwrócił uwagę na pracę, jaką wykonałyśmy w minionym roku nad opracowaniem jak to Pan Profesor ujął “raportu badawczego” na temat status quo tej akurat formy personalizacji kształcenia wyższego w ostatnim pięcioleciu w naszym kraju. Opisana w książce nie tylko teoretycznie, ale także empirycznie (na podstawie wywiadów z przedstawicielami władz różnych uczelni) rzeczywistość akademicka, to świat jeszcze sprzed pandemii Covid-19. Świat, w którym wszyscy mieliśmy do dyspozycji multum opcji współpracy ze studentami, szukaliśmy najlepszych rozwiązań, obserwowaliśmy tendencje demograficzne, staraliśmy się dbać o jakość w dynamicznie rozwijających się warunkach dydaktycznych, instytucjonalnych i politycznych. Nie przewidziałyśmy jeszcze jako Autorki, że od marca 2020 ta rzeczywistość dokona kolejnego zwrotu.

Tutoring z racji jego z jednej strony uniwersalizmu (długiej tradycji) a z drugiej – adaptacyjności wobec ponowoczesności (z racji aksjologicznych założeń, które okazują się uniwersalne) może okazać się jednym z rozwiązań aplikowalnych także w obecnych warunkach: na progu transformacji edukacji w globalnym, europejskim a przy tym także polskim wydaniu.

Zachęcamy do lektury i dziękujemy Panu Profesorowi za tak uprzejmą i merytorycznie treściwą rekomendację.

Be-3

W spirali strachu – czy umiemy żyć z ryzykiem za pan brat?

Minął kolejny miesiąc od ostatniego wpisu na moim blogu. Miesiąc, w którym pandemia COVID-19 nabrała tempa w Polsce i na świecie, a świat uczy się z nią żyć. Miesiąc, w którym usiłujemy przywrócić równowagę na wielu poziomach: instytucjonalnym, społecznym, kulturowym, zawodowym i edukacyjnym, a także prywatnym. Nie do końca wiemy, czy walczymy z realnym wrogiem, czy tylko dyskursywnie skonstruowanym. Mnożą się teorie spiskowe, rozłamy opiniotwórcze, życie społeczne jak nigdy chyba nabrało charakteru patchworku głosów i zachowań bez żadnej prostej, jednolitej i stabilnej odpowiedzi na masę pytań. Wiele z nich pozostaje bez odpowiedzi.

upside down

A przecież o życiu w społeczeństwie ryzyka pisali już socjologowie i filozofowie ubiegłego stulecia. Prognozowano tę konieczność: naucz się żyć z ryzykiem w tle. Ono – obojętnie jakiego rodzaju – będzie nieodłacząym towarzyszem ponowoczesności, w której już dawno się znajdujemy. Różne są jego twarze: od ekonomicznego, po socjalne, zdrowotne, psychologiczne, edukacyjne lub czysto osobistego radzenia sobie z codziennością. Poradnie, psychiatrzy i terapeuci mają pełne ręce roboty – taki czas. Niektórzy radzą sobie bez ich pomocy, inni jej potrzebują. Na pewno jednak warto pamiętać, że odwrotu od ryzyka nie ma, a wszelkie satysfakcje i sukcesy są wprost proporcjonalne do skali jego ponoszenia.

Pandemia dopiero autentycznie uświadomiła nam ten fakt, że ryzykiem objęci jesteśmy wszyscy. Tym czy innym, ale w przypadku obecnej sytuacji wynikającym z globalnej sytuacji jak rzadko kiedy, jak raz na przysłowiowe (jak znamiennie realistyczne tym razem) sto lat (pandemia grypy hiszpanki). Nie ma życia jedynie wygodnego, spokojnego, słodkiego i dostatniego, a każde pokolenie boryka się z innego rodzaju zagrożeniami. Nawet dostatek bywa okupiony wielkim wysiłkiem i wyrzeczeniami. Nie na darmo nawet w muzyce zespołu Kombi słyszymy już od 40 lat życzenia: Słodkiego miłego życia. To tęsknota przypisana chyba naszemu gatunkowi jako pewien cel, ale nie jako norma.

Być może to wszystko to banał, oczywistość. Kategoria ryzyka istnieje w naukach społecznych, humanistycznych, ekonomicznych a także biologicznych, więc napisano o niej tomy mądrych słów. Ta moja krótka refleksja nie maluje trawy na zielono, a jedynie jest efektem obserwacji życia w mediach i realnego przez wrzesień AD 2020. Miesiąc powrotu dzieci i młodzieży do szkół, nauczycieli do pracy, miesiąc godzenia poczucia utraty bezpieczeństwa z atutami socjalizacji i bliskości “na żywo”. Czas nieustannych wyborów przy jednoczesnej próbie powrotu na “normalne” tory. Czy będą to te same tory co zawsze?

Nie. Nie ma powrotu do tego, co minęło. Trzeba żyć w nowych warunkach i umieć się w nich odnaleźć. Przestać uprawiać toksyczne narracje strachu i zastraszania, a oprzeć swoje działania na racjonalnych pobudkach, wyważając zawsze złoty środek. Ufać ekspertom, nie poddawać się demagogiom, uważać na siebie i bliskich. I … żyć pełnią życia, bo ono naprawdę w dużej mierze zależy od naszego podejścia do jego uroków i mroków.

Skupmy się na życiu, nie na śmierci. Dosłownie i w przenośni.

Smakujmy codzienne chwile, nawet jeśli są ciężkie i monotonne.

Uśmiechajmy się nawet jak nie zawsze nam się chce – bo uśmiech zaraża i podnosi endorfiny.

Nie tłumaczmy się innym z naszego życia i chwili, jeśli o to nie proszą.

Kochajmy siebie i innych, szczególnie w obecnej dobie:-)

Dobrej, spokojnej jesieni!

Be-3