Ananasy z… 8 klasy – pandemiczny egzamin start!

Pandemiczny egzamin się rozpoczął. Nastolatkowie i nastolatki są już po języku polskim, a jutro i pojutrze zmagać się będą z matematyką i j. obcym. Wstali nieprzyzwoicie rano, odziali galowe stroje i  – sprawdzając, czy zabrali maseczkę chirurgiczną – poszli. Operacja „zdać w miarę dobrze” rozpoczęta!

davfot. Beata Karpińska-Musiał

Ten rok jest rokiem szczególnym – sytuacja pandemii przeorganizowała nam (ba! Postawiła na głowie) style i grafik życia przez ostatnie miesiące, czego skutkiem jest też przesunięty o dwa miesiące termin egzaminów ósmoklasisty.

W mediach społecznościowych, jak też w oficjalnych gremiach politycznych czy oświatowych, w tym akademickich,  przez ostatnie tygodnie toczyły się różne burzliwe dyskusje na temat sensowności sprawdzania wiedzy uczniów w ten sposób, w tych okolicznościach, i generalnie w tych – tak stresujących, bo odmiennych – warunkach reżimu sanitarnego.

Warunki czysto fizyczne i doraźne sprowokowały głębszą dyskusję o tym, czy de facto sama idea i sens egzaminów w tym momencie mają rację bytu. I finalnie – czy w ogóle egzamin (te komisje, te papiery, te przepisy, te stresy i .. pieniądze) to gra warta świeczki?

Idąc wręcz jeszcze dalej – czy szkoła i system oświaty mogłyby z tego zasadniczo zrezygnować, bowiem jest to wyłącznie system selekcyjny i wkluczająco – wykluczający młodzież na ich ścieżce edukacji formalnej. A i nie braknie pytań (retorycznych?) o to, kiedy w końcu skończy się pruska szkoła, gdy okazało się, że … można uczyć się i nauczać bez ławek i tablic. Ba! Bez ludzi! Ale to też w sumie źle, bo relacje społeczne….

A może pruska szkoła już się skończyła?

I to dzięki pandemii?

Jako matka przechodząca przez .. szósty oficjalny zestaw egzaminów państwowych u swoich synów (włączając dwukrotnie sprawdziany szóstoklasisty i dwa gimnazjalne, jedną – dotąd – maturę i .. pierwszy egzamin ósmoklasisty), czuję, że mogę coś powiedzieć na temat tegorocznego wydarzenia. Tym bardziej, że coś tam o tej edukacji wiem także z teorii i praktyki badawczej😉 To oczywiście moje subiektywne zdanie, z którym nie każdy musi się zgodzić.

Otóż zacznę od tego, że i moje uczucia są mieszane, jak dobry shake waniliowy z McDonalda, ulubiony przez nastolatków (przynajmniej moich). Zacznę od tego, dlaczego i ja uważam ogólnie testokrację za złą formę prowadzenia edukacji i kształcenia. Testy są standardowe w sensie jednolitości treści i formy dla 350 tysięcy uczniów w Polsce (dzisiaj – dokładnie 347). A uczniowie nie są wyjętymi spod matrycy modelami o tych samych talentach, dyspozycjach, poziomach odporności na stres, możliwości poznawczych, czy też zwyczajnie ambicjach. Wszelka standaryzacja programów, wymagań i ich weryfikacji budzi mój niepokój, z gruntu sprzeciw i nawet oburzenie. Testy stały się najprostszym narzędziem masowego systemu kształcenia, ale narzędziem, którym nie ma możliwości rzetelnie (to ważne, co wyjaśnię niżej) zweryfikować pewnych umiejętności:

-pisania spójnego

– stylu myślenia

– krytycznej analizy

– sztuki argumentacji

– sztuki porównań i abstrakcyjnych analogii

– strukturalnego budowania rejestru innego niż ten, który stosują You Tuberzy różnego poziomu

– abstrahowania

– wnioskowania i analizowania

– ale też liczenia, kalkulowania, myślenia analitycznego

To można było robić 30-40 lat temu, gdy np. egzaminy (niekoniecznie testy!) były egzaminami wstępnymi do szkół średnich lub na studiach, dokąd szła już młodzież (o ile mniej liczna!)  chętna i gotowa do podejmowania takich wyzwań. To można było robić esejem, wypracowaniem, rozmową kwalifikacyjną. Kartką z zadaniami (policzyć bez kartki trudno).

Zważmy, że egzaminy KOŃCZĄCE etap kształcenia formalnego, to co innego, niż WPUSZCZAJĄCE NA NOWY ETAP i próg. Kończą wszyscy. Wchodzą nie wszyscy – ci, którzy czują, że dadzą radę.

Po drugie, i ja uważam, że trochę przekręcono nam psychicznie dzieciaki przesuwaniem wielokrotnym terminu egzaminów. W mojej rodzinie akurat nie było to zbyt wielkim problemem – o ile w końcu ustalono termin i dano spokój. Nie rozumiałam szumu politycznego wokół tej daty. Data to data, naprawdę były większe problemy w czasie pandemii. Sama niepewność  – rzekomo młodych – może i była męcząca, ale nie do stopnia, w jakim to przedstawiano. Jestem pewna, że spora część dzieciaków w ogóle nie zwracała na to uwagi, raczej mierząc się ze żmudną codziennością zdalnej, bieżącej edukacji. Data, to był polityczny problem dorosłych, nie nastolatków.

A jednak dwa miesiące przedłużenia poskutkowało czymś innym, co widać dopiero z perspektywy czasu. Przedłużonym oczekiwaniem, a to jest sytuacja niezbyt komfortowa zarówno dla dzieci, jak i rodziców. Pamiętamy nasze egzaminy z przeszłości? Najgorsze jest to tupanie nogami przed salą egzaminacyjną. Gdy już jesteśmy wewnątrz, kurtyna opada, zapada spokój. Teoria, że było więcej czasu na naukę, była chybiona. Oni już się nie uczyli. Oni się niecierpliwili. Może trochę więcej poczytali, trochę poobserwowali NACOBEZU, trochę strategii obchodzenia się z testem posłuchali na YT. Choć zapewne – ilu młodych, tyle różnych reakcji.

To tyle z głównych moich argumentów PRZECIWKO tegorocznym egzaminom. I w ogóle egzaminom.

Jest parę argumentów, które moim zdaniem nie nakazują tak bardzo krytycznie podchodzić do tego zjawiska, co nie oznacza wszak, że należy je uznać za wyłącznie pozytywne.

Dotyczą dwóch kwestii: FORMY oraz ZASADNOŚCI egzaminowania.

Formę odniosłabym do wymienionych wyżej umiejętności, które – co nietrudno zauważyć – są dość uniwersalnymi cechami po prostu dojrzewającego intelektu i nie muszą być klasyfikowane jako stricte humanistyczne, lub analityczno – ścisłe. Dzisiaj ten podział robi się już passe. Nauka powoli, ale uznaje już coraz częściej interdycyplinarność, a neuronauki o człowieku dowodzą, że działalność naszych półkul mózgowych jest współzależna, złożona, a każde dyspozycje im bogatsze, tym lepiej dla ogólnego rozwoju młodego człowieka. Dzielenie kompetencji intelektualnych na humanistyczne i ścisłe trąci klasycznym dualizmem, którego dzisiejszy nastolatek, zwłaszcza na tym etapie, jeszcze nie musi i nie powinien wręcz w sobie krystalizować!

Forma testu, chociaż może nie do końca rzetelnie (vide moja uwaga wyżej), ale sprzyja wysycaniu tych różnych umiejętności.  Może to się nam podobać, lub nie, że postawione pytanie zamknięte w dziwny sposób formułuje myślenie, czasem sprzeczne z logiką, że owe nienawidzone prawda/fałsz narzucają mylące interpretacje, a owo „myślenie słowami autora” (lub, co gorsza, autora testu) jest po prostu reżimem wiedzy. Dokładnie przed kwadransem mój 8 -klasista irytował się, przeglądając wyniki i jedną błędnie oznaczoną odpowiedź, „dlaczego oni mi chcą wcisnąć to, w jaki sposób ja rozumiem ten tekst!?”

Ma świętą rację. To najgorsza strona testomanii: wymuszanie interpretacji tekstu kultury. Ale ja próbuję to postrzegać też w innej kategorii. Pytania są podstępne, irytujące, ale JEDNAK wymagają… pomyślenia, uruchomienia lewej pókuli, przełamania odruchu i oporu, zastanowienia się nad wydźwiękiem tekstu kultury w sposób meta-analityczny.

To trudne, dla niektórych bardziej, dla innych mniej. Powiem więcej – wkurzające. Ale nie możemy powiedzieć, że nie ćwiczy to pewnych funkcji poznawczych.

Pytania otwarte też są – wymagają uzasadnień, wnioskowania, krytycznego oglądu. Część z nich (j. polski) nawiązywała nawet do wizualnej symboliki, nie tylko suchego tekstu. Miejsce na rozwinięcia ubrane było w wizualne akcenty (ogłoszenia na rulonie, wizualizacji torby reklamowej, otwartej książki). To już zauważalna różnica między tym rokiem, a testami sprzed lat. To próba trafienia do trochę szerszego spektrum zmysłów nastolatka ery obrazkowej. A z kolei spójność argumentowania, koncepcja na treść wypracowania, wyobraźnia – to przecież postulowane umiejętności, chociaż … czasu na ich wykonanie w sumie było bardzo mało. Wkroczył POMIAR. Nie umiejętności, a czasu. Inna, chora niestety odsłona testowania. Mimo tego, nie można też uznać, że miejsca na myślenie w takim egzaminie nie ma.

Kwestia ZASADNOŚCI  egzaminu – to rzecz złożona, bo poza kompetencyjnym treningiem i przeżyciem dość wspólnotowym (w końcu 350 tysięcy dzieciaków, to swoista „wspólnota doświadczenia”) staje się polityczna. Egzamin kończy szkołę podstawową, a jego wynik wspiera rekrutację do szkoły średniej. WSPIERA, a nie determinuje. Bo liczą się też wyniki na świadectwie, wolontariat, olimpiady itp. Jestem jednak zdania, że ta forma DOPEŁNIENIA  wyników jest ważnym, koniecznym wręcz elementem. Daje szansę wielu uczniom, dla których oceny z powodów merytorycznych czy przekonaniowych  nie stanowiły ważnego elementu edukacji w ostatniej klasie (a nawet na przestrzeni paru lat). I to jest coś, z czego pedagodzy progresywistyczni, humanistyczni i krytyczni powinni się cieszyć! Ocena to pomiar, ocena to wynik niewyspania ucznia lub nauczyciela, ocena to śmieszna skala dla wielości czynników w zachowaniu, dyspozycji czy zdrowiu ucznia. Ocena to liczba!

Jak można myśleć w ogóle o ocenach i średniej (ważonej czy innej) jako o kryterium osiągnięć?

Poza rankingami placówek, czego komentować tutaj nawet nie chcę.

A zatem, egzamin wyrównuje szanse na podniesienie „rekrutacyjnych punktów” (jeśli już je mamy) w związku z w miarę uspójnionym progiem wymagań. I to jest moim zadaniem jego największy atut.

Funkcja selekcyjna – z perspektywy pedagogiki i socjologii edukacji – owszem, zostaje spełniona. Zawsze była i zawsze będzie. Zawsze będą różne szkoły, tak jak różne są dzieci i uczniowie. Nie umiem sobie wyobrazić rekrutacji do szkół np. na zasadzie: „bo tu mi blisko, szkoła jest ładna, a pracuje tam Pan Staroń. Acha, i jeszcze są smaczne obiady”.

Szkoła, każda (społecznie czy rankingowo najlepsza czy najsłabsza, chociaż to sztuczny podział) ma ograniczoną pojemność i musi przyjmować według jakichś kryteriów. Najwspanialej, gdyby były to zawsze indywidualne kryteria i takie szkoły ZNAM. Znam takie Dyrekcje, które patrzą na ucznia niezależnie od jego osiągnięć. Które patrzą na wszystkich uczniów jak na jednostki wyjątkowe. I uwaga – nie za pieniądze. Choć i takie są. Różnorodność istnieje.

A więc, podsumowując, nie mogę się zgodzić ze zbyt częstym już dzisiaj zdaniem, które dziś przeczytałam w jednej z dyskusji na Facebook’u w formie komentarza:
Tymczasem po ponad 100 latach rozwoju oświaty prawie nic się nie zmieniło. Te same ławki, te same tematy w stylu: co autor miał na myśli, rozbiór logiczny zdania itd. A gdzie wolność myśli, interpretacji, gdzie Szekspir? Liczy się tylko szczęśliwy traf, jednomyślność …?

To nieprawda. Dużo już się zmieniło. Trzeba zajrzeć do tych szkół, poznać ich nauczycieli, poznać uczniów, znać arkusze, rozumieć, co w nich tkwi i co one sprawdzają. A Szekspira czyta się na studiach lub w liceum.

Nie operujmy kliszami.

Wyjrzyjmy poza krytykę, a zobaczymy duże zmiany. Może nie w ustawieniu mebli, ale w bardzo trudnej, złożonej, wymagającej i bardzo często niezwykle oddanej pracy i relacji między nauczycielami a uczniami. Oni walczą: z programem, rodzicami, politykami. Oni walczą o uczniów. Ja w nich wierzę.

Kochani nauczyciele, kochani uczniowie – dacie radę!

Kto, jak nie Wy?

Be-3

Dziwny rok – dziwny blog

Pierwsze urodziny, to zwykle czas, gdy dziecko zaczyna robić pierwsze kroki. Usamodzielnia się. Ekscytację na obliczu malucha, który wyrywa się po raz pierwszy w samodzielny bieg po pokoju, znają wszyscy rodzice.

Czy można do niej porównać pierwsze urodziny bloga i witryny internetowej – nigdy w życiu! A jednak to miły moment i okazja do pierwszego podsumowania.

img_20200604_022626

Tak, mniej więcej w tych dniach, na początku czerwca 2019, założyłam stronkę www.be3tutomento.com. Miała być miejscem na swój styl prywatnym, mimo, że zakłada się przecież blogi i strony dla publiczności. Mój zamysł ograniczał się jednak do stworzenia sobie pewnego miejsca, w którym świat zewnętrzny może sprawdzić pewne informacje służbowe dotyczące tego, co robię i jak pracuję, a z drugiej strony zajrzeć też przez uchylone lekko drzwi do mojego świata wewnętrznego.

Stąd blog, który jednak nie jest raczej typowym blogiem z blogosfery. Nie analizowałam technik i strategii pozycjonowania, adresowania, reklamowania, częstotliwości pisania. Nie miałam ochoty z nikim ani niczym rywalizować w oglądalności czy poczytności. Stąd też statystyki nie zwalają z nóg (niecałe 3 tysiące wejść na witrynę, około 100 “followersów” bloga), ale mi naprawdę nie o nie chodziło. Przy średnio dwóch wpisach na miesiąc, łącznie napisałam ich około dwudziestu pięciu.

Chciałam uniknąć stylu poradnika, podręcznika, narzędziownika, bycia przepisem kulinarnym czy społecznym, fotelem terapeutki. Nie jestem psycholożką, chociaż pedagożką. Nie jestem literatką, chociaż filolożką. Chciałam pisać krótkie felietony, bawić się słowem i myślą. Tworzyć refleksje o rzeczywistości wokół, której zmienność przerosła moje oczekiwania. Napisać komentarz do tego, co zwie się szumem świata w mediach i rzeczywistości. Czasem oddać trudne emocje, a czasem zauważyć, że świat mimo to jest wart zachodu, jest inspirujący i pełen pięknych ludzi i zdarzeń.

Jako tutorka i mentorka, promuję afirmacyjne podejście do życia i jego problemów. Nie znaczy to jednak, że tych problemów nie ma wokół. Społeczny konstrukcjonizm pozwala wierzyć, że każdy inaczej widzi rzeczywistość i dla każdego z nas dane zjawisko będzie albo problemem, albo wyzwaniem, albo przekleństwem, albo .. niczym po prostu wartym uwagi.

Staram się promować tolerancję i otwartość na to, co się dzieje, a także profesjonalizm w obszarze zawodowym. A dzieje się mnóstwo. Rozpoczynając pisanie nie mogłam przewidzieć, że w połowie tego roku nastanie społeczny przewrót, jakim jest lockdown wywołany pandemią Covid-19. To wywołało przeorientowanie schematów myślowych w społeczeństwach całego świata. Objąć to umysłem wręcz trudno, bo nie zdajemy sobie sprawy na własnym podwórku, jak i co oznacza to dla ludzi w Brazylii, Afryce czy chociażby nawet w innych krajach Europy. Skupiamy się tak bardzo na lokalnych kwestiach, tak bardzo Covid-19 stał się polityczny, że powoli nie potrafimy rozmawiać o nim bez akcentów polityczno-ekonomicznych. Pandemia dzieli ludzi, różnicuje, wyostrza nierówności społeczno-kapitałowe, ale też… daje czas na myślenie. Wielu z tego korzysta, i to jest dobra strona pandemii. Myślenie potrzebne jest, by działać profesjonalnie, ale też, by osiągnąć pewien dobrostan poprzez rozumienie rzeczywistości.

Stąd motto strony: Be Good, Be Happy, Be Professional.

Na blogu znalazły się różne wątki i tematy. Od refleksji nad czasem wolnym, potrzebami równowagi work-life balance, uroków łączenia macierzyństwa z pracą zawodową na przestrzeni 24 lat, dyskursu o antropocenie, relacji między pokoleniami, po uroki i zagrożenia edukacji zdalnej i korzystania z mediów społecznościowych. Nie ma tu jednego, wyraźnego klucza – ale kto znajdzie chwilę na moment refleksji nad bieżącymi tematami, znajdzie też być może jakąś nową perspektywę (albo tylko potwierdzenie tego, co już wie lub powszechnie wiadomo). Cieszy  mnie każda wartość, jaką lektura mojego bloga może przynieść czytelnikowi. Raz nawet zdarzyło się, że jeden z felietonów zaowocował wywiadem ze mną w Komentarzach Radio Gdańsk, na samym starcie pandemii. Był to wpis pt. Dzieci w sieci – szansa nie bez ryzyka. Świat edukacji stawał wówczas przed milionem pytań o to, co stanie się z młodzieżą i jej kształceniem w obliczu zamknięcia wszelkiego życia zbiorowego i instytucjonalnego.

Nie aspiruję na blogu do malowania trawy na zielono. Nie udzielam się też politycznie, ani ideologicznie. Na powiązanej z blogiem i witryną stronie Facebookowej Be-3, dzielę się powszechnie dostępnymi materiałami o problematyce głównie edukacyjnej, ale też społecznej. Staram się zwracać uwagę na rzeczy dla mnie ważne, a czytają to ci, dla których to też jest być może istotne.

Nie kolekcjonuję lajków, nie zbieram też hejtu😊

To bardzo dobra, cenna dla mnie strefa komfortu.

Jeśli jednak pewne tematy czy wątki spodobają się czytelnikowi, udostępnia je i podaje dalej. Dyskusja niekiedy toczy się częściej w realu niż na stronie czy blogu. Zachęcam do niej! I zarazem dziekuję za nią wszystkim, którzy dotąd wzięli w niej udział w ten, czy inny sposób.

Ten blog rozpoczął się od zwykłej – niezwykłej codzienności akademiczki, tutorki, matki, która lubi pisać i afirmować rzeczywistość. Po roku znalazł się w miejscu i czasie, w którym  przyszło społeczeństwu znowu nauczyć się na nowo chodzić… stawiać pierwsze kroki  w świecie pandemicznym.

Jak to roczne dziecko, jak ten roczny blog.

Dziwny rok, dziwny blog.

Ale nie ma przypadków.

Będzie dobrze, nauczymy się chodzić.

 

Be-3

Nie cofniemy ewolucji ani heteroglossii

Doświadczamy zakrętu na trasie i nie widać już tego, co zostawiliśmy za sobą. To fizycznie niemożliwe. Mentalnie jednak wciąż nam się wydaje, że czasoprzestrzeń może ulegać zagięciu niczym w filmach sci-fi. Fizyka kwantowa być może wyjaśniłaby nam to zjawisko, ale my, w codzienności pandemicznego życia, mierzymy się z luką ludzką (human gap), czyli niespójnością tempa ewolucji cyfry a ludzkiego mózgu.

Weszliśmy w przyspieszeniu w erę cyfrową. Niedawno czytałam bardzo dobry wywiad na temat odwrócenia myślenia o spowolnieniu życia w lockdownie. Lockdown spowolnił życie, ale raczej przyspieszył pewne zjawiska i je wyostrzył. Nagle postawił nas przed nami ścianę. Kazał się zatrzymać i zastanowić.

sdrfot. Beata Karpińska-Musiał, Park Reagana, Gdańsk

Mnie to w najmniejszym stopniu nie dziwi. Nawet w Polsce pisze się o tym od dwóch dekad. Przykładowo, w 2002 powstała w Uniwersytecie Gdańskim monografia o kształceniu na odległość, potrzebie jego rozwijania, dostępnej technologii i infrastrukturze. Długo trwało, zanim realnie tego doświadczyliśmy. Ale w końcu, już nawet przed pandemią mieliśmy już światy zapośredniczone medialnie w edukacji, kształceniu, polityce, rozrywce, zakupach, konsumpcji, i… relacjach. Chociaż nie na taką skalę, jak obecnie.

Medialnie zniekształcona rzeczywistość w mediach publicystyczno-polityczno- informacyjnych jest już tematem analizowanym badawczo od dawna i przez to nie dziwi przynajmniej medioznawców. Teraz jednak, w związku z pandemią i izolacją społeczną, zamknięciem na skalę niespotykaną instytucji kształcenia i kultury, handlu i rynku, następuje dynamiczny przyrost badań i dyskusji na temat edukacji i psychologii człowieka. A prawdziwą lawinę i wulkaniczny wręcz wybuch przeżywa temat zmiany ludzkich relacji, które przeniosły się w wirtualny świat mediów społecznościowych.

Zmiana przyspieszyła, z konieczności przenieśliśmy swoje życia do social mediów i komunikatorów. To już nie rewolucja, to ewolucja.

Pandemia tylko wyostrzyła nieuniknione

Social media poddawane są teraz równie wyostrzonej krytyce, co uwielbieniu. Nasze reakcje i potrzeby, jak w soczewce, też się wyostrzyły i spolaryzowały. Jeden z innych licznych wywiadów zwraca uwagę na uzależnienia grożące szczególnie młodzieży i dzieciom, przymuszonym do dodatkowego spędzania połowy dnia na zdalnej edukacji. Omawia się narastające FOMO, depresje, bulimie, myśli samobójcze, a dzieci faktycznie potrafią spędzić przed ekranem kilkanaście godzin, nie mniej dorośli pracujący z home office. Lekarze, psychologowie biją na alarm, rodzice miotają się jak ryby w sieci, temperatura politycznego wywaru wrze. Nasz świat stał się żywym filmem science-fiction, w którym wiedźmy gotują wywary z żab i zaklinają rzeczywistość, a królestwem żądzą elfy nie dopuszczający do głosu ekspertów i naukowców. Obcych.

Mimo, że mamy teoretycznie mamy heteroglossię[1], prawda?

Żaba może, Wiedźma może i Elf może też być słyszalny. To ta groźna strona social mediów, współczesnego kociołka Panoramixa przeciw Rzymianom.

Jest niedobrze. Nawet więcej, jest bardzo źle

Ale zawsze jest jakieś „ALE”

***

Nie zgodzę się, że to, czego doświadczamy dzisiaj w sensie zmiany w relacjach społecznych niesie więcej zagrożeń, niż możliwości i przywilejów. Obawiając się uzależnienia od życia zapośredniczonego, należy wziąć pod uwagę wiele zmiennych, takich np. jak:

Naturę potrzeb jednostki

Wiek

Poziom samooceny

Jakość i ilość relacji społecznych w realu i w wirtualu

Czas i pragmatykę działania w edukacji i pracy

Nieuchronną indywidualizację społeczna młodych pokoleń, ale i średnich w pewnym stopniu

***

– natura potrzeb

Nie wszyscy mają potrzebę tak licznych kontaktów, które dają social media. Ale… dla tysięcy ludzi to pewien substytut, który jednak DAJE tę możliwość. Inaczej zwariowaliby. Weźmy osoby samotne. Nawet seniorzy przez pandemię uruchomili swoje informatyczne umiejętności, nawet ci najbardziej oporni. Osoby niepełnosprawne mają szansę na utrzymywanie wielu kontaktów, branie udziału w dyskusjach, dzielenie się swoimi światami w sposób inaczej niemożliwy.

Powstają rozliczne grupy tematyczne, artystyczne, kolekcjonerskie – ileż tam inspiracji, nowego mindfullness, dyskusji często o bardzo wysokim poziomie merytorycznym! Bywa, że poglądy objawiają się skrajne, ale nie ma przymusu zabierania głosu tam, gdzie nie mamy nic do powiedzenia, a tam, gdzie się nie zgadzamy, uczymy się akceptacji i kontrargumentowania. Znalezienie wspólnoty myślenia to z kolei miód dla pandemicznej duszy.

W edukacji, rola social mediów jest też nie do przecenienia. Pandemia zmobilizowała wielu nauczycieli do założenia grup uczniowskich i studenckich. Powstają fora dyskusyjne, nie tylko o najnowszej modzie czy imprezach – często są to teraz dyskusje o tematyce wykładów czy artykułów, nawet jeśli „wymuszone” przez prowadzących w ramach zaliczenia udziału.

Nauczyciele zakładają grupy organizacji i stowarzyszeń edukacyjnych, dyskutują, dzielą się, organizują webinaria i konferencje online. Inni w tempie przyspieszonym doszkalają się na temat funkcjonowania platform edukacyjnych. Przełamują swoje techno-fobie.

To niewiarygodny świat.

Świat możliwości, nie od razu dla wszystkich, ale dla ogromnej większości.

– wiek –  to jest pewne kryterium zagrożenia. Używamy mediów społecznościowych inaczej i w innych celach pokoleniowo. Oglądając czasem na Facebook’u krótkie produkcje o charakterze społecznej interwencji popadam w przerażenie, w jakim zakresie i celu młode dziewczyny – bo głównie nastolatki – korzystają z Facebooka lub Instagrama. Dla chłopaków rekompensatą są gry społecznościowe.

Inny jest też język młodych na INSTA, a inny jest na FB. Generalnie, FB w sumie dla młodych już jest passe 😉 Tam spotykają się średnio-młodzi, średni i nawet seniorzy. Najmłodsi millenialsi z FB uciekli. Insta rządzi się bowiem innymi prawami, więcej tam celebrytów i .. przez to (najgroźniejszych w skutkach) wpływów influenserskich.

– poziom samooceny – problem złożony, ale nie trzeba być psychologiem, by stwierdzić, że jeśli jednostka nie ma z nią problemu, nie będzie też problemem korzystanie przez nią z portali społecznościowych. I analogicznie, jeśli taki problem psychotyczny istnieje, to Facebook czy Instagram albo inne Tik Toki czy Discordy go nie zaleczą. Największym zagrożeniem jest jednak diagnozowany badawczo fakt, że dzisiejsza młodzież ma z samooceną wielki problem, równając się do celebrytów czy poddając hegemonii reklam, typów idealnych lub też miłości idealnej. Stąd rzeczywiście skala korzystania z social mediów przez najmłodszych może budzić niepokój społeczny.

– jakoś i ilość relacji. To ponownie kwestia różnic pokoleniowych. Starsze pokolenia nie rozumieją lajkowania wszystkich i wszystkiego przez nastolatków, tak jak ci nie rozumieją, że „znajomych” nie trzeba znać osobiście w realu. Jak zwykle potrzeba tu kompromisów. Nie trzeba też robić niczego na siłę, a kontaktować się wtedy kiedy masz ochotę i z kim masz ochotę. Oczywiście nie powstałoby FOMO, gdyby było to tak proste. Jednak opcja kontaktu z rodziną np. za oceanem, w świecie, ze współpracownikami, z dziećmi…. Social media otwierają pole do zacieśniania relacji, a nie stają się ich substytutem. One mają wszak inny charakter, odfizyczniony, ale istnieją.

Myślimy i nawet czujemy głową – nieprawdaż… ?

Fizyczność? Ci, którzy ją mają pod własnym dachem, zaspokajają tę sferę życia nawet w pandemii w stopniu wystarczającym. Ci, którzy nie mają – być może bardziej poszukują społeczności w sensie fizycznym i w pandemii bardziej cierpią. Ale zadajmy sobie w końcu szczere pytanie, nie według teorii podręcznikowych i Aronsonowskiego człowieka jako istotny społecznej: ile procent czasu w ciągu doby potrzebujemy być fizycznie w tłumie, a ile sami ze sobą i w kontaktach indywidualnych – możliwych technologicznie? Ewoluujemy. Młodzi rosną na pokolenie, w którym zachwianiu – z naszej perspektywy – ulegnie proporcja między potrzebą kontaktu w realu a w wirtualu. Czy będą przez to gorszymi ludźmi?

– indywidualizacja  – nie stwierdzonoby w ramach badań kulturowo-społecznych, że proces globalizacji steruje w stronę indywidualizacji potrzeb oraz praw jednostki, gdyby tak rzeczywiście się nie działo. To postępuje na naszych oczach i może czas przestać tracić energię na „zgryzotę”, przekuwając ją na aktywne stawianie czoła „nowej” codzienności?

– czas i pragmatyka działania w domu i pracy – przeniesienie świata – nie tylko kontaktów – do sieci w sposób niezaprzeczalny przetasowało rytmy dnia, tygodnia czy miesiąca w kontekście pracy zarówno wokół gospodarstwa domowego, jak i pracy zawodowej. Wydaje się jednak, że i tutaj można zauważyć przynajmniej tyle samo plusów, co minusów. Wfh, work from home, to dla niektórych konieczność realizacji zupełnie innej logistyki życia, ale nie jest prawdą, że to wyłącznie utrudnienie i praca w kamieniołomach. Ciężko bywa młodym rodzicom, ale i dla nich, jeśli zdążyli poznać smak fizycznego łączenia pracy z domem, opcja flexitime może okazać się atrakcyjna na swój sposób. Wymaga jednak dużo większej mobilizacji i samodyscypliny. I oczywiście nie dotyczy wszystkich zawodów.

Trudniejszą kwestią wręcz niż praca zawodowa rodziców, jest nauka zdalna dzieci, młodzieży i studentów. Ale i tutaj mamy heteroglossię. Nie można predefiniować problematyki maluchów (wykluczenie z dostępu do sieci – bo nie z techno-skills, brak samoorganizacji, nierówne socjalizacje pierwotne), na równi z problematyką studentów w tej kwestii. Ci ostatni zgłaszają dużo więcej korzyści ze zdalnego studiowania. Dużo bardziej doceniają elastyczność czasu nauki, możliwość wyboru i dostosowania wysłuchiwania wykładów lub robienia ćwiczeń do swego prywatnego grafiku. Co więcej, nie tylko autonomia uczenia się, od lat postulowana, wzrasta, ale też aktywność merytoryczna studentów zmienia się na plus. Intensywniej biorą udział w forach dyskusyjnych, sumienniej wykonują zlecone zadania, czytają teksty, mając ofertę dużo większej samosterowności. Przynajmniej obserwuję to na kierunkach społeczno-humanistycznych. Inną kwestią jest konieczność ćwiczeń laboratoryjnych – językowych czy chemiczno-biologicznych, ale na to przyjdzie czas. Z pewnością znajdą się i tacy, którzy narzekają.

Energia ludzka, wibracje społeczne, emocje powstałe w żywych konfrontacjach stają się w pandemicznym świecie rzeczywiście czymś na wagę złota. Ale spójrzmy na to tak: może to czas dany, by przefiltrować swoje potrzeby i bardziej cenić, wręcz cyzelować żywe relacje, a zarazem być bardziej świadomym, do czego, po co i w jakim kształcie są nam potrzebne?

Nie cofniemy czasu

Nie zatrzymamy ewolucji z homo sapiens na homo virtualens[2]

My, średnie pokolenie pandemicznej Polski, Europy i świata 2020,  i tak jesteśmy formą pośrednią w tym łańcuchu. Gdzieś po drodze spotkaliśmy homo eutyfronicus, wciąż wzbraniającego się przed nieodwracalnym uznaniem wpływu technologii na naszą psyche i physis. Czyżby jednak prof. Józef Bańka się trochę pomylił 20 lat temu?

Sądzę, że nie unikniemy wszechobecnej heteroglossii

Czas uczyć się języków obcych😊

 

Be-3

 

 

[1] Tłumaczenie z języka angielskiego-Termin heteroglossia opisuje współistnienie różnych odmian w ramach jednego „języka”. Termin ten tłumaczy rosyjski разноречие [raznorechie: dosłownie, „różnorodna mowa”], który został wprowadzony przez rosyjskiego teoretyka literatury Michaiła Bachtina w jego artykule z 1934 r.

[2] Nazwa wymyślona przeze mnie na użytek tego felietonu

Rozsądek kontra spisek – majówkowe credo w pandemii

Dopiero co rozpoczął się maj – najpiękniejszy miesiąc w roku. Nie wszyscy w tym roku zauważyliśmy go w typowy sposób, nie rozpoczęliśmy tradycyjną majówką: wycieczką, grillem w ogródku, wypadem za granicę lub odwiedzinami u rodziny. Powód jest wiadomy: żyjemy w czasie pandemii od dwóch miesięcy, a wirus nie zna kalendarza. Nie zauważył nawet, że polska majówka już minęła. Tak jakby bez echa, jakoś inaczej. Może trochę, nieśmiało i z nowym, nieznanym dotąd poczuciem winy przemieszanej z frustracją z długiej izolacji, spróbowaliśmy sobie przypomnieć, jak smakuje normalność. Pojechaliśmy za miasto, do lasu, na rower czy mały piknik. W maseczkach lub… bez.

img_20200508_190215

Majówka majówką, a tu zaraz połowa maja. Polityczna burza w mediach trwa od tygodni, na niebie za to burzy brak. Maj nie pachnie już tak intensywnie, jak kiedyś, sucha ziemia łaknie wody, a sporadyczne opady może jedynie pozwalają kwiatom i drzewom na zmianę kolorów.

Ten zapach jednak to m.in. kwestia regionu. Na Północy wciąż zimne noce, ale… już bliżej centrum kraju – wiosna w pełni. Tutaj nawet pachną już bzy! Ludzie spragnieni słońca i powietrza, wylegają do parków, ogrodów botanicznych, w plener. Rowerzystów usiało, biegaczy także. Ławeczki zajęte przez młodych i starszych.

Udajemy, że jest normalnie. Niektórzy nawet świadomie śmieją się z nakazów, snują teorie spiskowe, przekuwają obostrzenia w politykę -tak jakby tylko ona się dla nich liczyła, polaryzowała emocje. I wtedy zastanawiam się, dlaczego tak trudno jest polskiemu społeczeństwu zachować zwykły zdrowy rozsądek i wykazać się zbiorową odpowiedzialnością cywilną?

Nie chodzi o slogany w mediach, czy polityczne akrobacje w kwestii obostrzeń. Jakoś slogany #me too działały, ale #stay at home już gorzej. Oba dotyczą spraw trudnych, ale w przypadku drugiego, dużo prościej jest zachować się prospołecznie i odpowiedzialnie wobec innych. Jeśli nawet nie zostajemy w domu, zachowujmy zdrowy rozsądek i chrońmy innych, nosząc maseczki i zachowując dystans!

Niestety obserwuję, jak trudno przychodzi to co niektórym. Młodym i starym, kobietom i mężczyznom. W tłumie, między ludźmi, biegając czy spacerując – Polacy mają gdzieś odpowiedzialność za innych. Bo to przecież nie o nas samych chodzi, a o ochronę INNEGO. Dla siebie maski nie nosimy, nosimy ją by chronić innych wokół nas!

Ale to społeczeństwo ma problem z Innym – od dawna, jeśli nie od zawsze. Obecna sytuacja zachowań antyspołecznych obrazuje tę cechę w nowej odsłonie.

Poluzowano rygory w handlu. Ryneczki warzywne (nie wiem jak galerie, bo nie odwiedzam) to ule gospodyń wędrujących po ulubione warzywa u nawykowo ulubionych sprzedawców. Tak jakby pomidory w sklepie lub straganie mniej zatłoczonym były inne. Sprzedawcy są różni – jedna Pani nie pozwala dotykać siatek klientom i sama, w rękawiczkach, nakłada owoce. Inna bez maski i rękawiczek wtyka klientce warzywa do torby trzymanej przez nią. Mozaika postaw, mozaika reakcji. Skwery i parki pełne spacerowiczów nie zachowujących dystansu.

Nie udawajmy, że jesteśmy Szwecją, bo nie jesteśmy.

Bojkot zasad w imię teorii spiskowych jest żałosny i śmieszny, jak tupanie nóżką przez pięciolatka.

Naprawdę warto posłuchać ekspertów i głosu nauki, być rozsądnym, nie panikować, ale też myśleć o Innych. Mikrobiologii na poziomie podstawowym uczono w liceum.

Bo może Ty nie zachorujesz, ale ten Inny, do którego się śmiejesz lub rozmawiasz bez osłony – tak.

Be-3

GDY MOBILIZACJA PRZECHODZI W NOSTALGIĘ – CZYLI JAK HAMUJEMY I OSWAJAMY NOWY ŚWIAT?

Macie już dosyć codziennych statystyk na temat COVID-19? Przestaje Was zadziwiać kolejna seria obostrzeń (albo i poluzowań) pandemicznych czy też politycznych przepychanek w mediach, gdzie politycy pieką swoje pieczenie na partyjnych grillach? Wyłączacie na trzy dni media publiczne, by zająć się z powrotem swoim życiem, obowiązkami, rodziną i pracą?

To znak, że hamujemy i oswajamy obecny stan.

img_20200322_200511

Beata Karpińska-Musiał “Bez czasu”

Dla każdego pewnie nastąpi to w innym momencie, ale idę o zakład, że większość z nas powoli odczuwa nasycenie ową zmianą, która nas gwałtownie, bezpardonowo i bez zapytania zaskoczyła ponad 5 tygodni temu. Uświadamiamy sobie, że przeżyliśmy ponad połowę standardowych, szkolnych wakacji, siedząc w domach i nie wychylając nosa poza własne otoczenie na więcej niż 200-300 metrów. Większość pracuje z domów, a służby publiczne, w tym przede wszystkim medyczne, działają w zupełnie innym świecie. Miliony, MILIONY , nie setki czy tysiące ludzi zastanawiają się, jak będzie wyglądał ich świat od teraz. To niezwykłe, epokowe poczucie wspólnoty, jakiego moje pokolenie, a pewnie i starsze powojenne, nie pamięta. O młodszych nawet nie wspominam.

Będzie to inny świat, i to dociera do nas już nie tylko z mediów czy z poziomu własnej racjonalizacji. Dociera do nas na poziomie głębszym, niż naskórkowy. Zaczynamy to CZUĆ.

I tak, prognozy psychiatrów i psychologów o wizji ogólnospołecznej depresji nie są tylko wizją ekspertów, a praktycznym wymiarem tego, co ludzie zaczynają odczuwać.

I tak, prognozy ekspertów ds. edukacji, wstępnie i nie od dzisiaj prorokujące śmierć szkoły analogowej, stają się rzeczywistością na poziomie behawioralnym i afektywnym dla rodziców i uczniów…

I tak, prognozy klimatologów, że ziemia potrzebuje odpoczynku, stają się realnym komunikatem, że zanieczyszczenie powietrza spada zauważalnie w wielu miejscach na świecie…

I tak, z obserwacji informacji medycznych wnioskujemy, że… odchodzą głównie ludzie starsi, schorowani, a których długość życia dowodziła osiągnięć współczesnej medycyny bardziej niż naturalnego  cyklu…

Już to widzimy i czujemy

I teraz jest czas na etap nostalgii

Już ochłonęliśmy z emocji zderzenia z wojną

Już przywykliśmy trochę do stanu wyjątkowego, jednak mamy coraz więcej pytań…

Dopiero przed nami podróż do autentycznej tęsknoty za tym, co minęło i nie wróci w takiej samej formie. Mówimy już głośno, że mamy teraz coś na rodzaj wojny. Bez granatów, czołgów, sztucznej inteligencji czy nowoczesnej broni chemicznej albo mitycznego 5G lub 6G. To wojna dużo bardziej prymarna,  biologiczna wojna z planetą Ziemią, to wojna przeciw antropocentrycznym nawykom, ….

w tym sensie z naszym własnym, dotychczasowym życiem.

Bo nawet jeśli wrócimy do dawnej aktywności, to już ze skazą świadomości, że nic nie jest pewne, ani nic nie jest gwarantowane.

Że nasze istnienie jest dużo bardziej zagrożone, niż myśleliśmy dotąd.

Że drugi człowiek, tak bliski, a tak daleki, może stanowić dla nas nie tylko wsparcie, ale i zagrożenie. Właśnie: człowiek i zwierzęta – nic innego. Idee, polityka, sztuka, kultura niematerialna i materialna, ludzkie konstrukcje, wiara … marność.

Cudowna marność.

Potrzebna jak powietrze. 

Ale zachwialiśmy balans Natury, zapomnieliśmy o niej i o jej sile.

Zegar się zatrzymał  i czeka na nowy rozruch. 

Sam ruszy.

Be-3

 

 

 

Zagrajmy normalnie, czyli na punkty!- tenis stołowy jako metafora akademicka

Kwarantanna rodzi nowe talenty. Potrzeba ruchu, a także udokumentowania jakiejś formy fizycznej aktywności “do szkoły” spowodowała, że w moim męskim świecie domowym ponownie, po długiej przerwie, stół jadalniany przeistoczył się w stół do tenisa stołowego:-) Rozgrywki i mecze z reguły zaczynają się około… północy i trwają do godziny 1:00 (to rodzina nocnych marków). Grają ci, którzy “zasłużyli”, wykonawszy najpierw przynajmniej większość zawodowych, szkolnych, czy gospodarczych obowiązków domowych.

img_20200409_011651

To naprawdę świetna rozrywka! Rozgrzewa, wymaga sprawności, można tę sprawność doskonalić, a zanim to nastąpi jest wiele okazji do śmiechu. Integruje rodzinę, jest odskocznią od fotela i biurka. A zwłaszcza od ekranu monitora. Dzisiaj jednak, przy jednym z kolejnych meczy, była to też dla mnie okazja do krótkiej refleksji.

Poszło o styl gry.

Grając z moim niespełna 14-latkiem, mam nieustanny konflikt na temat tego, czy zależy nam na ciągłej, udanej grze (czytaj: utrzymaniu piłeczki na stole), czy też na autentycznej wygranej według zasad. Pierwsza wersja to dla mnie świetna okazja do trenowania koncentracji, dobrego ruchu, rosnącej chęci nie przerwania gry. Druga – to nieustanne bieganie za piłką w efekcie “podkręceń”, “ścinek”, “zaskoków”, itp. itd. przeciwnika. Jak nietrudno się domyślić, to ja z reguły biegam po piłeczkę, szukając jej na kolanach to pod pianinem, to pod kredensem, albo i biegnąc za nią po schodach… Cóż, każdy ruch jest dobry ale…

Gdy w końcu się zbuntowałam i mówię: czy możemy pograć tak, by utrzymać piłkę na stole, nie robiąc sobie ścinek, podkręceń itp? słyszę od nastolatka:

Ale czy możemy zagrać w końcu NORMALNIE, TAK NA PUNKTY?

Pomijam kwestię potrzeby rywalizacji, jakże typową dla nastoletniego chłopaka. I tak jest dzielny, znosząc moje delikatne i układne serwy:-) Jednak pojawiła mi się, niczym objawienie albo senna mara, analogia do pracy akademickiej.

Gramy dla utrzymania piłki w grze, czy gramy na punkty?

Co oznacza pierwsze, a co drugie?

Eureka! Ja jednak wolę to pierwsze. Dbałość, koncentrację, powolny może, ale dokładny ruch. Trwa dłużej, jest może czasem bez emocji, monotonny, ale wymaga wytrwałości. Gra na punkty, wizytówka dzisiejszej akademii, to może i ekscytacja godna nastolatka, może i lepsza zabawa, ale wyczerpująca i wypalająca.

Po półgodzinie gry na punkty, zrezygnowałam.

Jutro pogram z kimś, kto chce utrzymać piłeczkę na stole:-)

Be-3

 

 

Wiek a pandemia – dygresje absolutnie nie medyczne

Po dwóch tygodniach zaskakującego i frustrującego światowego Lock-down zaczynamy coraz dobitniej doświadczać tej społeczno-mikrobiologicznej transformacji. Ona nie istnieje już tylko w teorii lub na ekranach naszych mediów, gdyż dociera do naszego umysłu i przekonań, rodząc różne reakcje. Też głównie w obszarze przekonań, przynajmniej chwilowo. Fizycznie bowiem w sposób istnie dziejowy zunifikowaliśmy swoje style życia, niezależnie od narodowości, języka, statusu społecznego (chociaż nie do końca), orientacji politycznej, czy każdej innej. Wyłączyliśmy życie społeczne na mikro i makro skalę.

We stay home.

img_20200325_191436

fot. Beata Karpińska-Musiał, Bydgoszcz 2019.

W efekcie, na razie powolnym i nie bez bólu, poszerzamy spektrum wszelkiej TELE-egzystencji. Jestem przekonana, że za pół roku, rok, badania społeczne (psychologiczne, socjologiczne i pedagogiczne) obrodzą jak śliwki po deszczu, jak dorodne owoce na nieco stwardniałej ostatnio (za rzadki płodozmian?) glebie nauk społecznych. Natomiast zanim to nastąpi, obserwujemy. Słuchamy. Czytamy. Dyskutujemy. Wątków jest mnóstwo i każdy równie ciekawy.

Na przykład ten: jak na pandemię reagują różne grupy wiekowe?

Ponieważ mam tę przyjemność i prawdziwe szczęście mieć dużo międzygeneracyjnych kontaktów społecznych: koleżeńskich, przyjacielskich, zawodowych i rodzinnych, mnożą mi się w głowie (wskutek rozmów i dyskusji) rozmaite myśli: dlaczego tak różnie patrzymy na ogarniające nas zjawisko? Niektórzy widzą w nim pozytywny wstrząs dla świata i dla siebie jako jednostek, a inni wpadają w poczucie katastroficznego pesymizmu (dla świata i w wymiarze personalnym). Jedni tłumaczą je biologicznymi prawidłowościami, drudzy bardziej popadają w metafizykę. Bardziej przyziemnie: jedni cieszą się z wymuszonego, ale jednak zwolnienia obrotów i okazji do odpoczynku i uwolnienia swoich dotąd ukrytych pasji, gdy tymczasem inni utyskują już na przeciążenie związane z edukacją zdalną swoich dzieci i własną pracą online. I duszą się, nie mogąc aktywnie żyć na zewnątrz.

Tyle opinii i doznań, co ludzi.

I to jest normalne. I każdy ma swoją rację.

Czy można tu w ogóle pokusić się o jakiś schemat uogólniający?

Jest na to za wcześnie. Nauka sobie z tym poradzi za parę miesięcy lub lat. Odniesie zróżnicowane reakcje na ten społeczny przewrót do modeli rozwoju psychofizycznego człowieka, do badań socjologicznych o kryteriach potrzeb itp. Natomiast mnie wiek jako zmienna intryguje tak po prostu na co dzień, jako próg różnych, czasem skrajnie różnych perspektyw wobec zupełnie codziennego życia. Zaintrygował mnie już wcześniej, w grudniu 2019, gdy pisałam o różnych sposobach na radosne przeżycie trudnego (jak inaczej trudnego wówczas.. czy doprawdy trudnego?) grudnia. Napisałam wówczas swoje mini – scenariusze na pewne postawy grup wiekowych wobec zbliżających się Świąt Bożego Narodzenia.

Poziom i typ „trudności” zmienił się radykalnie. Ale nadal uważam, że różne grupy wiekowe inaczej podchodzą do problemu. Podzielę się tym tutaj i liczę, że to pobudzi nas do myślenia, skontrowania, zastanowienia się…. Bo moje wyobrażenia obserwatorki życia społecznego są tylko moje i mogą się różnić od cudzych, tak jak różnimy się wszyscy… Najpewniej zostanie to też zbadane w niedalekiej przyszłości i opisane naukowo w oparciu o empiryczne studium. Teraz to tylko zwięzłe „food for thought”, w dodatku z akcentami humoreski. Podobno humor to poważne i ważne narzędzie walki z depresją społeczną w momencie krytycznym. W każdym humorze jest jednak jakieś ziarno prawdy 😉

A zatem start.

DZIECI PRZEDSZKOLNE I WCZESNOSZKOLNE (3-10 lat)

Po pierwszym odruchu radości, że nie trzeba wstawać rano i iść do przedszkola lub szkoły, ta grupa wiekowa przeżywa raczej trudne chwile w obecnym ograniczeniu przestrzennym domowego ogniska. Małe dzieci w tym wieku potrzebują socjalizacji bardziej, niż czegokolwiek innego. Ponadto, w domu są w stanie dać upust swojej niespożytej energii tylko w sposób okrojony, co może budzić frustrację i złość. A ta łatwo przeradza się w chaos domowy, o czym najlepiej wiedzą rodzice (tym bardziej usiłujący pracować zdalnie z domu). Ilość memów oddających groteskę utrzymania na wodzy maluchów w tym okresie, dodatkowo nadzorując ich naukę w domu, rośnie lawinowo. Przykład poniżej.

Moje własne dzieci są już w kolejnych grupach wiekowych, zatem nie mam takiego wejrzenia w naturę obecnych problemów z maluchami. Niewątpliwie jednak są one na tyle angażujące dla rodziców, że sytuacja rodzin w czasie pandemii jest nie do pozazdroszczenia.

dzieci i banknoty

 

UCZNIOWIE „STARSZEJ PODSTAWÓWKI” (11-15 lat)

To grupa najbardziej buńczuczna i daleka od jednoznacznej, gdyż do naturalnej energii i problemów związanych z okresem dojrzewania dochodzi jeszcze konieczność nieustannego wdrażania się do zmieniających się zasad uczenia się oraz reguł życia społecznego. Tę grupę najbardziej dotknęła przeprowadzona niedawno reforma MEN, a wraz z nią ubiegłoroczne strajki, zawirowania logistyczne, stresy rekrutacyjne i zmiany. I to wszystko w aurze kipiących hormonów, rewolty wobec struktur i pokoleniowych zasad, poszukiwania własnej tożsamości i rozwijania swoich pierwszych światopoglądów. Czas potwornie trudny dla młodych oraz ich rodziców. Więc to, co dzieje się teraz, prawdopodobnie przynosi równie silne natężenie emocji.  Socjalizacja nadal jest ważna dla nich, ale już równie ważna robi się edukacja. A zatem – to już grupa odbiorców kształcenia na odległość. W tę akurat tele-edukację wchodzą oni szybko i stosunkowo bezproblemowo. Media i technologie mają w małym palcu. Problemy pojawiają się gdzie indziej:

– w nadmiarze czasu spędzanego w mediach i światach wirtualnych (powiększony został o czas „obowiązkowy”)

– w niedoborze ruchu fizycznego (nie mówmy o ćwiczeniach pompek z wf w pokoju…. Proszę)

– w niedoborze kontaktów z grupą rówieśniczą na żywo (a więc sparingi przerzucają się na rodziców lub rodzeństwo)

– w przekierowaniu staminy i energii w gry komputerowe ( RPG i inne społeczne) lub.. niekoniecznie anielskie potyczki z rodziną (bagno behawioralne ostatnio dyskutowane też na FB wśród ekspertów)

– w emocjonalnej niepewności co do jutra, po tym jak pierwsza faza zadowolenia z odmiennej sytuacji mija

– w dużej świadomości tego, że system i tak ich wciągnie z powrotem, każe pisać egzaminy i rekrutować się do szkół, a np. wszystkie dni otwarte w szkołach średnich się nie odbędą, trudno jest zrobić rozpoznanie

– w przesuniętych chronotypach i zaburzeniach rytmu dnia ( nastolatkowie z reguły zasypiają później, a teraz bez budzika o świcie to się naturalnie przedłuża).

Ale nastolatkom generalnie nie jest teraz źle. Chwilowe wytrącenie z reżimu systemu legitymizuje ich naturalnie anarchistyczną naturę i pozwala na większą elastyczność stylu życia. Z ich perspektywy, w zależności od osobowości i charakteru, nie zmieniło się teraz wiele prócz ograniczonych fizycznych zmagań codzienności, które z reguły miały charakter opresyjny. A zatem – jeśli to na chwilę – to fajne są te „koronaferie”….

podstawówka

 

LICEALIŚCI (15-19 lat)

Szkoła średnia niesie już inne zobowiązania edukacyjne. Młodzież licealna (lub szkół paralelnych) to już dzieciaki o nieco większej świadomości siebie, swoich potrzeb i możliwości. Ta świadomość ma jednak nie tylko szczęśliwe oblicze. Byłoby idealnie, gdyby emocjonalna stabilność rosła z wiekiem, wprost proporcjonalnie do dojrzałości płciowej i fizycznej. Wiemy, że tak nie jest. Młodzież nastoletnia to najbardziej depresyjna grupa, zagrożona wieloma problemami natury psychicznej. Jest to zjawisko stosunkowo nowe i o złożonym, kulturowo- cywilizacyjnym podłożu, na które nie ma tu miejsca. Jednak ten fakt właśnie, jak też częste w ostatnich latach zaangażowanie młodych w różne akcje społeczno – wolontaryjno – ideologiczne w przestrzeni publicznej, w mediach i na ulicach  (dosłownie), może powodować, że obecny lock-down świata społecznego będą odczuwali dotkliwie. A jako wrażliwcy, mogą pogłębić swoje zaniżone nastroje psychiczne. Dodatkowo odseparowani od swoich bliskich przyjaciół, pierwszych romantycznych relacji, skazani na kontakt tylko z rodzicami, mogą pogrążyć się w groźnej alienacji. Są co prawda cyfrowymi tubylcami, wiszą na smarfonach 24 na dobę, grają, kontaktują się sieciowo i hipertekstualnie. Paradoksalnie, żyją pośród setek znajomych na FB i mają autentyczny kontakt z kilkunastoma, jeśli nie więcej, innymi osobami na dobę.

Nie są osamotnieni, ale czy nie są też jednak samotni?

Są delikatni jak pajęczyna tej sieci setek znajomych.

Łatwo naderwać ich emocje i z trudem utkaną tożsamość.

Dla młodzieży licealnej nauka zdalna nie powinna stanowić problemu, o ile nie będzie jej zbyt dużo. Nie mogą czuć natłoku i zalewania zadaniami, bo natychmiast się wycofają. Myślę, że dla nich bardzo cenne może się okazać „skazanie” na bliższą relację z rodzicami czy rodzeństwem. To okazja do nauczenia się siebie, do poznania inności. Do zaprzyjaźnienia się i ukorzenienia w swoim jestestwie. Do dookreślenia swojego „ja”.

Dobrze im robi więcej snu – to z pewnością😊I nauka w godzinach bardziej zgodnych z ich biologicznym rytmem, a nie z „fabrycznym” drylem od 7 rano…. Więc „koronaferie” traktują z przymrużeniem oka, labilnie, nie wiedząc do końca, czy cieszyć się z nich, czy nie.

liceum

 

STUDENCI (19-25+ lat)

Młodzież studencka nie ma lekko. Szczególnie ta, która studiuje poza domem. Słyszy się o konieczności opuszczenia akademików, o ograniczonym niekiedy dostępie do mediów umożliwiających wywiązanie się regularne z obowiązku tele-nauki. BO od studentów wymaga się już dużo więcej, niż od młodzieży szkolnej. Nagle biurko w domu i komputer mają zastąpić cały proces studiowania złożony z bibliotek, klubów, sal wykładowych, laboratoriów, konwersatoriów, projektów i dyskusji. Istnieją technologiczne rozwiązania typu wirtualne tele-konferencje, tele-wykłady, wirtualne klasy czy chaty grupowe na Skype, platformach Google, Moodle i innych. Ale ilość materiału  i aktywności do ogarnięcia okazuje się dla wielu sięgać 200% normy. A kanał.. jednak jeden i ten sam. Słyszę od studentek o przeciążeniu, o bólu głowy ( 12 h przed monitorem), o dużym reżimie czasowym, jaki muszą sobie narzucać, by wywiązać się z zadań stawianych przez nauczycieli akademickich. Oponenci e-nauki stosują ten argument w swoich raczej pesymistycznych wizjach: taka nauka to fikcja. To jednak rzecz wciąż nie zbadana. Po efektach ich poznacie. Dzisiejsze pokolenie Z, a to są nasi studenci, potrafi się odnaleźć w elastycznym czasie nauki i pracy. Jeśli…im się na to pozwoli i uczyni ten czas elastycznymi i autonomicznym. A to już zadanie edukatorów.

A tymczasem…. Najprzyjemniejsza część życia studenckiego: imprezy, sport, zawody, targi edukacyjne, praca… turned off. Trudny czas, ale nie jest dla nich nie do zniesienia. W wielu przypadkach okazuje się, że ich edukacja przebiega bardziej treściwie i efektywnie, aniżeli gdy muszą siedzieć w salach zajęciowych, nie zawsze wynosząc wiele z danego wykładu. To ludzie aktywni, często pracujący. Zasobem dla nich bardzo ważnym jest CZAS. Nawet jeśli nie na pracę, to na multum własnych aktywności rozwojowych lub rozrywkowych. Dobrze wykorzystać CZAS – to motto dzisiejszego studenta. A to, paradoksalnie, może umożliwić im flexitime obecnej sytuacji.

studenci

 

MŁODZI DOROŚLI (25 -35 lat) i „ŚREDNIO MŁODZI” DOROŚLI ( 35-45 lat)

W tej grupie wiekowej istnieje wielkie zróżnicowanie co do stylów życia, wyborów kariery, etapów jej rozwijania, czy też co do wizji zakładania (lub nie) własnej rodziny. To czas krystalizowania się wizji samych siebie, konfrontacji marzeń z rzeczywistością, układania planów i szacowania szans ich realizacji. W przypadku dorosłych w wieku 35-45 lat, bywa, że jest to czas albo pierwszej stabilizacji, albo i zmian, jakie już podejmują w swoim życiu świadomie i z wyboru. Dla obu tych grup, podejrzewam, obecny czas jest stresujący najbardziej ze wszystkich grup wiekowych. Z paru względów:

– mają najwięcej do stracenia na recesji ekonomicznej, jaka będzie następstwem okresowego lock-down

– zamrożenie systemu – chociażby na parę tygodni – dezorganizuje im w wielkim stopniu życie osobiste i zawodowe (zamknięte zakłady pracy, przedszkola, szkoły, instytucje kultury)

– jeśli są w domu dzieci, są z reguły małe i wymagające wzmożonej opieki ( vide pierwsza grupa) – a jeśli nastoletnie – energia wychowawcza osiąga wulkaniczne apogeum wobec wielu własnych zobowiązań zawodowych

– godzenie opieki nad dziećmi, monitorowania ich edukacji z własną pracą w nowym rytmie jest wysoce stresogenne

– konieczność podzielenia się obowiązkami we wzmożonej ilości między małżonkami/partnerami wobec rodziny – w  tym starszych rodziców –  może rodzić konflikty

– konieczność wyłączenia działalności w przypadku drobnych przedsiębiorców osłabi ich sytuację finansową na długo

– osoby samotne odczują swoją samotność w sposób dotkliwy, nie mogąc brać udziału w praktykach społecznych i towarzyskich/zawodowych.

ALE, nie ma tego złego, co by też na dobre nie wyszło. Spodziewana recesja społeczna w przestrzeni publicznej może spowodować, że siłą rzeczy zwrócimy się ku sobie w najbliższych kręgach rodziny i przyjaciół. Podszkolimy kompetencje miękkie- nauczymy się języka ciała, gestów, przypomnimy jak ważna jest komunikacja werbalna i troska o drugiego. A więc – jest ciężko, ale … transformacja niesie nowe transgresje. Uczyni wielu z nas lepszymi ludźmi. Pozwoli przetestować siebie i swoje granice tolerancji, akceptacji, altruizmu i egotyzmu. Niezwykły, przyspieszony kurs dojrzewania.

Obraz może zawierać: 1 osoba, siedzi i tekst

 

DOROŚLI ‘DOJRZALI’ (45-55 lat)

Tu mam problem, bo moje dygresje nie będą obiektywne😊  Sama zaliczając się do tej grupy, jestem najbliżej jakiejś prawdy, ale z pełną świadomością, że prawd jest wiele. Otóż mam wrażenie, że ta grupa najbardziej ZYSKUJE na obecnej sytuacji. Ośmielę się stwierdzić, że jako jedyna do społu z ostatnią grupą – seniorów – może uznać, że zatrzymanie się świata obecnego przynosi im pewną.. ulgę. A może nawet coś na rodzaj dobrostanu.

To skomplikowane.

Paradoksalne, ale może wcale nie?

Może tylko nie jest łatwo się przyznać, że tak dramatyczna sytuacja globalna, na wielu polach oznaczająca koniec świata, może mieć pozytywny wymiar?

A może nie wypada się do tego przyznawać?

Zatem to bardzo subiektywne i o tym należy pamiętać.

Na czym ta ulga polega?

Na zatrzymaniu tempa życia i pracy, które już miejscami przekracza możliwości psychofizyczne. Na stworzeniu  autentycznej przestrzeni, w której można samosterownie określać swoje działania i ich kolejność. W której zewnętrzny system społeczny, coraz bardziej opresyjny wobec już ukształtowanej jednostki, będącej bardziej podmiotem niż przedmiotem, nagle się wyłączył i pozwolił rozejrzeć spokojnie wokoło. Gdy nie działają instytucje, gdy odpada praca i szkoła (dzieci starsze, ale wciąż uwikłane w system), można nagle zobaczyć jak w soczewce, jakimi jesteśmy ludźmi, co robiliśmy zgodnie ze sobą, a co wbrew sobie, co w tym było egzystencjalną koniecznością, co wyborem własnym, a co samo-narzuconym może marginesem, otoczką, ozdobną tasiemką pozoru – bo system, bo prestiż, bo tradycja, bo kultura, bo władza, bo pieniądz.

Daleko mi do generalizowania. Jesteśmy bardzo zróżnicowanym społeczeństwem ekonomicznie i aksjologicznie. Dla każdej prawie komórki społecznej jaką jest rodzina, co innego jest wartością autentyczną, a co innego pozorem. Inne są też poziomy świadomości istnienia takowych. Ale z pewnością taki społeczny eksperyment, jaki przeżywamy, daje więcej czasu na selekcję rzeczy ważnych i liczących się dla poczucia dobrostanu lub szczęścia. Jednym będzie brakowało cotygodniowych koncertów, innym nagle pojawi się opcja spokojnego przeczytania książki bez wyrzutów sumienia (bo dzieci, bo praca, bo porządki). Jedni zatęsknią do podróży, inni się ucieszą z odwołanych lotów, bo było tego tyle, że radością jest spędzić miesiąc w domu…

Tempo mamy też różne, inne rodzaje aktywności traktujemy jako rozrywkę, a inne jako obowiązek. Ale jest pewien wspólny mianownik: odcięcie presji zewnętrznej. Jedni mówią, że nową presją jest narzucone ograniczenie. Tak, ale ono jest przejściowe. NIE potrwa wieczność. A przez ten wyjęty z czasoprzestrzeni, podarowany czas można naprawdę dokonać niezwykłych odkryć, niemożliwych do odkrycia na tym etapie życia w trybie „normalności”. Bo zwyczajnie nie ma na to fizycznego czasu i spokoju umysłu lub ducha.

Doceńmy to.

dojrzali dorośli

WIEK OKOŁO-EMERYTALNY (55-65 lat)

Tutaj trudno określić, co czuje ta grupa wiekowa. Potrzeba zapewne badań. Na podstawie jedynie własnych obserwacji i rozmów ze znajomymi mam przeczucie, że nastroje w tej grupie siadły. Być może jest część społeczeństwa, która już wyczekiwała „wolności emerytalnej” i przyspieszenie takiego stylu życia potraktowała jak nieoczekiwany prezent. Ale chyba jest też pewna część, która postrzegać to może jako przymusową izolację od życia, na którą teraz nabrała apetytu: życia społecznego, kulturalnego, towarzyskiego czy też wzmożonej turystyki. Ponadto bywa, że stan zdrowia wymaga teraz większego zadbania – czy to sportowo, czy medycznie – a oba obszary są utrudnione. Mogą wzrastać stany lękowe, obawy, przemyślenia egzystencjalne. Izolacja społeczna osób samotnych w tym wieku może mieć katastrofalne skutki. Dzieci, jeśli są, są już dorosłe i żyją poza domem. Niektórzy być może przeżywają w dwójnasób „syndrom opuszczonego gniazda”. Z drugiej jednak strony, szukając aspektów pozytywnych, jest to moment i czas na wejrzenie w siebie, poszukanie swoich najskrytszych marzeń czy potencjałów. Może jest to czas na uszeregowanie w spokoju swoich priorytetów na dalsze życie. To grupa o silnie już osadzonej podmiotowości. Dobrze jest jej pobyć ze sobą, spotkać swoje „ja”, docenić bliskich, zauważyć wiosnę na drzewach i dokonywać spokojnej refleksji nad życiem. Praca – zdalna lub na chwilę wyłączona – to już dla tej grupy raczej dodatek do życia, bardziej, lub mniej smaczny deser. W obu przypadkach, chwilowa przerwa może dobrze zrobić. Wyostrzy apetyt lub… zadziała jak dieta odchudzająca 😉

Zamiast mema, znalezione w sieci:

Żona do męża:
– Coś się dzieje z moim telefonem. Rozmawiałam dziś z przyjaciółką, ale nic nie mogłam zrozumieć.
– A próbowałyście nie mówić w tym samym czasie?

źródło: https://dowcipy.jeja.pl/12352,zona-do-meza-cos-sie-dzieje-z-moim.html

SENIORZY (65+…)

Grupa o dwóch obliczach, jak Jekyll and Hyde. Wyżej wspomniałam, że do społu z dojrzałymi dorosłymi, to ta część społeczeństwa, która być może czuje największy spokój. Ale też jest tak, że (zgodnie z medycznym profilem) to grupa najwyższego ryzyka wobec koronawirusa. Wolę patrzeć na tę pozytywną stronę (nie medyczną). Bo tak:

– to ludzie, którzy przeżyli już życie i znają dużo większe egzystencjalne zakręty, niż obecna (wojny, stan wojenny, choroby itp.)

– podchodzą w związku z tym do izolacji jako pewnego utrudnienia, ale tymczasowego

– doświadczają wzmożonej opieki i zainteresowania bliskich (działa też „Widzialna ręka”)

– nie zmieniają zbytnio swego dotychczasowego trybu życia, zatem psychicznie ich ta zmiana nie dotyka tak, jak inne grupy wiekowe

– siłą rzeczy próbują podnieść swoje kwalifikacje cyfrowe ( ilu w końcu uaktywniło się na mediach społecznościowych!)

– jeśli nawet czują zagrożenie, jeszcze intensywniej cieszą się każdym dniem. Są dojrzali i najbardziej refleksyjni.

Oczywiście, że służba zdrowia, choroby współistniejące, słabsza odporność dotyczą właśnie tej grupy. Ale .. jak w tytule wpisu – nie o medycznych aspektach tu piszę, a raczej psychicznym samopoczuciu  i postawach społecznych.

seniorzyFot. © SUJETA SETIA / FACEBOOK

A zatem… czy wiek i etap życia mają znaczenie dla naszej postawy wobec obecnego egzystencjalnego zakrętu społecznego? Oczywiście, że tak. Moje diagnozy są wyłącznie hipotetyczne i nie stanowią kompletnej analizy, są jedynie zachętą do zastanowienia się i dyskusji. Głośnym myśleniem. Inspiracją do badań empirycznych.

Zgadzacie się? Nie zgadzacie? Co jest inaczej? A co jest tak, jak piszę?

Wszyscy mamy więcej czasu na myślenie i refleksję.

Zachęcam.

I pozdrawiam wszystkie grupy wiekowe!

 

Be-3

 

 

 

FENOMEN ZAMROŻENIA SYSTEMU – co w tym DOBREGO?

Staram się na tym blogu promować pozytywne myślenie. Namawiam do bycia dobrym, szczęśliwym i profesjonalnym w swoich działaniach. Patrząc w tych dniach na motto swojej strony: Be Good, Be Happy, Be Professional, zastanawiam się, jak ono brzmi w obecnej sytuacji? Czy nie jest przypadkiem totalnym nieporozumieniem? Naiwnym hasłem, zdezaktualizowanym wobec zjawiska zwanego „critical juncture”, albo, w j. polskim, „punktem krytycznym, zwrotnym” w życiu całych społeczeństw na całym świecie?

img_20200216_112419

img_20200216_112404
Frozen

fot. Beata Karpińska-Musiał. Muzeum Historii Wojska w Wiedniu, Austria

DOBRO rezonuje w postaci wielu akcji pomocowych, poświęcenia tysięcy lekarzy i pielęgniarek. To ich PROFESJONALIZM I DOBRO, jak też wielu innych pracowników służb i podstawowych usług ratują teraz świat. Okazują się uniwersalną cechą ludzkości, wydobywaną na światło dzienne wobec wizji unicestwienia. Czy jednak w obliczu egzystencjalnego zagrożenia na globalną skalę, nieznaną dotąd ludzkości od co najmniej dwóch pokoleń, jest w ogóle miejsce na szczęście?

Na dobro-stan?

Rosnąca ilość rządowo czy społecznie uruchamianych akcji pomocy psychologicznej (już nie tylko dla depresyjnej młodzieży) nakazywałaby sądzić, że nie. Że stan psychiczny społeczeństwa w obliczu bezradności i zagrożenia zdrowia a nawet życia, pogarsza się. Czytamy, że sytuacja pogłębia już istniejące stany lękowe. Że izolacja osób starszych powoduje ich coraz większe wykluczenie społeczne. Co ciekawe, nagle na trochę dalszy plan gwałtownie zszedł temat dobrostanu zwierząt.. w tym domowych. Czytamy jedynie (sic!) , że … nie przenoszą wirusa. Czyżby temat był jednak problemem tzw. „pierwszego świata”, który musiał ustąpić z podium wobec autentycznej wizji wymarcia ludzkości?  Psychologowie w szkołach i instytucjach uruchamiają tymczasem nieodpłatne poradnictwo dla dzieci, młodzieży i dorosłych. Edukatorzy prześcigają się w dzieleniu się dobrą praktyką i narzędziami do edukacji zdalnej. Rodziny, mające dzieci szkolne, testują swoje możliwości żonglerki egzystencjalnej pomiędzy obowiązkami własnej pracy (zdalnej lub realnej) a dopilnowaniem obowiązków uczniów. Co ważne, wspieraniem ich w tym trudnym czasie totalnej odmiany dynamiki życia. Życia ograniczonego do własnych czterech ścian, pobliskiego lasu i .. nieograniczonej przestrzeni wirtualnej. Zaczynamy żyć w klatkach, w których jedynym i autentycznym oknem na bezpieczny świat stał się monitor komputera… Podczas gdy lodowce na Antarktydzie topnieją, system społecznego funkcjonowania niezależnie od jego typu i politycznej formacji, uległ zamrożeniu w każdym państwie na świecie.

To doprawdy historyczna chwila

Będą o tym pisać poeci i autorzy podręczników

Historycy

Biolodzy

Psychologowie

Ekonomiści

Filozofowie

Politycy….

 Czy możemy zatem mówić tutaj o jakimkolwiek pozytywnym skutku obecnej sytuacji?

A może jednak szczęście też jest zjawiskiem uniwersalnym, uczuciem pokonującym ludzkie fobie i obawy, a wynikającym z transgresyjnych dyspozycji i natury człowieka? W końcu ludzie kochali się nawet w obozach koncentracyjnych, cieszyli się z każdego przeżytego dnia, zakładali rodziny….Ich humanizm i człowieczeństwo nie zanikały nawet w obliczu tak potwornej sytuacji, jaką było ograniczenie wolności i wizja śmierci…

Wolność….

Miało być pozytywnie. Otóż wierzę, że doświadczany przez nas obecnie moment zamrożenia zewnętrznego życia społecznego ma swoje dobre strony. Uświadomi nam bardzo szybko, że bardzo wielu aspektów dotychczasowego życia po prostu nie potrzebujemy do szczęścia. Że zakręciliśmy się jako społeczeństwa w jakimś szalonym wirze zwielokrotnionych potrzeb, zadań, obowiązków, planów, ambicji. Że żyliśmy w zmultiplikowanych światach nieprzystających do siebie (dzięki mediom i dostępności) wyobrażeń o wielkości człowieka i dostępie do możliwości, do dotknięcia wszystkiego, co świat oferuje, mając tylko jedno, krótkie w sumie życie. Że zaczęliśmy chcieć przekraczać nasze ludzkie możliwości (trans-humanizm?), by to życie okiełznać, przedłużyć, uczynić sztucznym tworem w imię postępu – bo przecież musimy ZDĄŻYĆ TYLE ZROBIĆ, ZOBACZYĆ, DOŚWIADCZYĆ. Nie zakładamy rodzin, bo chcemy być wolni. Dzieci rodzimy później o 20 lat niż przystosowała nas do tego natura, bo przecież będziemy żyć dłużej (??). Ludzi starych izolujemy, bo nie nadążają za naszym trybem i stylem życia. Pracę zmieniamy szybko i często, bo nas nudzi, albo… jest poniżej naszych rosnących geometrycznie kwalifikacji. Zwiedzamy świat, bo przecież jest cudownie stanąć na Akropolu – nie wystarczy zobaczyć w TV.

A teraz… można tylko w TV

Teraz .. trzeba nagle się zatrzymać i rozejrzeć, gdzie stoimy

Porozmawiać dłużej przez telefon z rodzicem

Pracę wykonać i .. o zgrozo.. mieć jeszcze czas na… film, rozmowę, porządki w domu…

Ta sytuacja zamrożenia świata zewnętrznego ma wiele plusów. Może nie od razu dla osób, które lubią ontologicznie rytuały i chodzenie w kieracie, by dobrze funkcjonować. Którym nagle ten kierat i wachlarz wytycznych się skończył, i muszą zajrzeć do wnętrza, do tego, co potrafią robić same ze swoim czasem. Ale dla tych, którzy od lat nie znoszą opresji jaką niesie system społecznego funkcjonowania z jego skalą terminów, oczekiwań i kulturowych rytuałów, pozwoli na autentyczne spotkanie z sobą samymi. Na wybranie tego, co można robić, nie mając nagle opcji łapczywego gonienia wytycznych Pana Świata. Na swoje własne potrzeby i instynkty zgodne z rytmem biologicznym. Na posiedzenie w ciszy i posłuchanie tego, co w środku.

Co tam znajdziemy?

Siebie

A obok to, co dla nas ważne

Nie pilne, a ważne  – a to różnica

 

Cudowne chwile wolności!

Doceńmy tę szansę

Dopiero będąc wolnymi, chociażby z przymusu, dokonujemy słusznych wyborów systemowych

Paradoks pandemii: dobrostan

Be-3

Dzieci z sieci – szansa nie bez ryzyka

Jutro poniedziałek. Ale jakże inny, niezwykły. Jeszcze w poprzedni szliśmy normalnie do pracy, młodzież do szkoły. Świat funkcjonował, chociaż nadchodząca epidemia nie wróżyła spokojnej wiosny. Mimo tego, jeszcze w miniony poniedziałek nikt nie pomyślałby, że w ciągu tygodnia świat nam się zamknie. Złamią się dotychczasowe zasady. Na skalę, jakiej nie pamiętają chyba nawet nasi dziadkowie. Nie w ten sposób.

img_20200314_170125fot. Beata Karpińska-Musiał

Konsekwencje pandemii koronawirusa, jak wszyscy wiemy, już są i będą nie tylko ekonomiczne i zdrowotne, ale też społeczne, kulturowe, filozoficzne, i co najważniejsze edukacyjne. I ja właśnie o tym, oczywiście. O edukacji.

Czy przełom, jaki funduje nam wymuszona sytuacja globalnego shut-down, niesie wyłącznie szansę na rozkwit kształcenia poprzez technologie TIK? I czy jest to rzeczywiście błogosławieństwo, czy może też jednak pewne zagrożenie?

Zdecydowałam się podjąć ten wątek, gdyż obserwuję – jako matka uczniów i człowiek edukacji, jakie reakcje budzi postulowana przez rząd, szkoły, uczelnie i stosowne ministerstwa konieczność przechodzenia na edukację w chmurze/online/zdal-ną/wirtualną. To jedna wielka burza emocji, wysyp dyskusji, a co najważniejsze – natychmiastowych ofert komercyjnych od firm, osób indywidualnych, coachów i trenerów dotyczących wspomagania tego procesu. Wiem, co piszę, bo sama, jako zwolenniczka wykorzystania (mądrze) technologii w dydaktyce  i uczestniczka social mediów, jak też trenerka tutorów, miałam w głowie od razu parę pomysłów na temat możliwych usług w tym zakresie. Wreszcie szkoła wejdzie do symbolicznego nieba (w końcu chmura!), wreszcie uczniowie będą się uczyli jak lubią, a nauczyciele poznają, ile można zrobić w sposób szybszy, ciekawszy, bardziej sprawny i interaktywny. Społeczny konstruktywizm w edukacji doczekał się swego czasu. Media huczą od satysfakcji tych edukatorów, którzy od dawna usiłowali przebić się z innowacjami w szkole czy uczelni: teraz w końcu to się naprawdę dzieje, wygraliśmy!

Ale właśnie te reakcje i ich burzliwość wzbudzają po chwili refleksji mój lekki niepokój. Już po 4-5 dniach słychać nieśmiałe głosy (nawet się porządnie tydzień online nie rozpoczął), że nagle uczniom spada na głowę jeszcze więcej pracy niż w szkole.. Że instytucje (uczelnie i szkoły) planują rozliczać nauczycieli z każdej przepracowanej w ten sposób godziny, że trzeba prowadzić rejestry, zapiski, systemy mają odnotować godzinę dyspozycyjności nauczyciela…

Ok, to jednak nie jest PROBLEMEM. Rodzi się po prostu nowa administracja, „nowe zarządzanie oświatą”. Termin znany pedagogom i socjologom edukacji. Rodzi się nowy system zarządzania wiedzą, informacją, interakcją i .. RELACJĄ. I już przy tym słowie nabieram coraz większych wątpliwości. Bo relacja definitywnie zachodzi poprzez platformy, wirtualne klasy, social media, komunikatory, programy i chatroomy. Nabiera innego kształtu, wymaga innych kompetencji, z pewnością działa stymulująco na młode pokolenie. Starsze pokolenia – z różnymi skutkami ubocznymi, ale są w stanie nadążyć…

A jednak mam wątpliwości, gdy słyszę, że to będzie jeszcze lepsza relacja, mimo że bez kontaktu fizycznego. Wręcz „bez przytulania” – określenie zasłyszane.

I tu widzę już PROBLEM.

A więc świat cyfrowy nas wciągnie, zassie. Zaczniemy w nim nie tylko bawić się, pracować, szukać informacji, czytać czy tworzyć, ale też uczyć się już formalnie. Żyć po prostu. Do doby dorzucamy parę godzin edukacji online. Dla dzieci i dla rodziców, którzy muszą trochę tego dopilnować.

Ale zadajmy sobie ważne pytania:

– czy naprawdę chcemy żyć bez dotyku fizycznego?

– czy edukacja bez relacji “twarzą w twarz” jest tym samym, co kontakt wzrokowy z autorytetem i postacią znaczącą dla dziecka/nastolatka?

– czy Google Teams zbuduje kompetencje relacyjne młodzieży tak samo jak dyskusja przy stoliku?

– czy wirtualne klasy, zdane na jakość technologii, pozwolą na obserwację emocji i niuansów emocjonalnych?

– czy.. uczniowie nauczą się aż takiej samodyscypliny w ciągu doby, by wykonać program minimum?

– czy bezdotykowy świat wirtualny nauczy ich przede wszystkim… odczuwania szczęścia, empatii i miłości?

I najtrudniejsze pytanie, chociaż czysto pragmatyczne: Jak potem z tego wyjść? Zakładamy, że to rozwiązanie jest jednak okresowe, czasowe. Czy umiemy przewidzieć skutki faktu, że skoro młodzież już się nauczy i błyskawicznie wciągnie w tego typu naukę, będzie jej JESZCZE trudniej niż kiedyś wrócić do REALU i edukacji ANALOGOWEJ?

Czy jesteśmy jako nauczyciele i rodzice gotowi na to zjawisko?

Wydaje mi się, że dopiero wtedy dostrzeżemy konieczność autentycznej i trwałej zmiany: adaptacji do wymagań i oczekiwań młodzieży i dzieci, powracających z sieci.

Dzieci z sieci.

A szkoła wciąż ma ławki, tablice i długopisy.

Na szczęście jednak, ma też żywych ludzi: nauczycieli.

Na szczęście.

Bo to w nich cała nadzieja.

 

Be-3

 

 

 

 

 

GŁOWA, ABSTRAKCJA CZY KLASYKA?

Od genezy książki po współautorstwo i Szkołę Ateńską

To, co tu napiszę, to nie historia całej, trzyletniej współpracy autorek, wielokrotnej ewolucji pomysłu, problemów z koordynacją pracy w czasie wśród trzech matek rodziny, logistyki prowadzenia badań w terenie, rozmów, tysięcy terminów, prawie setki godzin na Skype’ czy też finalnych kwestii formalnych: pisania ofert wydawniczych, zbierania propozycji, dyskusji o wyborze najlepszej, negocjowania źródeł finansowania z uczelniami, podpisywania umów…

Obraz może zawierać: 1 osoba, tekst

To też nie historia koncepcyjnych zawirowań związanych z różnymi opiniami na temat tutoringu w różnych środowiskach, jak też różną praktyką jego stosowania. I w końcu, to nie opowieść na temat osobistych wyrzeczeń w ramach życia rodzinnego, nieprzespanych nocy, czy też pisania w pociągach, tramwajach, w hotelach, czasem nawet w kawiarniach (to niby tylko Majakowski pisał na serwetkach?)….lub .. myślenia o pisaniu podczas zakupów czy sprzątania domu, co gorsza nawet podczas niekiedy zajęć akademickich😉

Gdyby chcieć to opisać, powstałaby nowa książka. A ja robię tylko wpis, sygnał, zachętę do posmakowania już niebawem samego owocu. Ale ponieważ pisanie sprawia mi przyjemność, podzielę tę historię na krótkie fragmenty, wysepki opowiadające o tym, jak trzy wieloletnie koleżanki podjęły się napisania o tym, co jest ich pasją badawczą i dydaktyczną. Jest to o tyle ciekawe, że jesteśmy  nie tylko z innych miast, z innych uczelni, ale nawet z nieco innych dyscyplin naukowych w ramach nauk społecznych. Mamy odmienne doświadczenia, odmienne perspektywy, a także mocno odmienne „socjalizacje” akademickie. To nasz wielki atut. To atut dla badań, wymiany i kreacji idei, jak i samej współpracy!

W dzisiejszym wpisie posłużę się tylko hasłami – metaforami. Krótko, ale mam nadzieję, treściwie. Od początku namysłu nad książką do momentu projektowania okładki. Niech to będzie pierwszy etap, pewien wstęp do opowieści o wyjątkowo skomplikowanej, systemowo transformującej rzeczywistości akademickiej, której jesteśmy członkiniami, i której dotyczy ta monografia. W następnych wpisach podejmę się krótkich streszczeń na temat, tego, co było dla nas treściowo i badawczo w tej książce najważniejsze jako autorek.

 

Część 1. GŁOWA

ROZMOWA  – pierwsze wywiady przeprowadzone z wybranymi respondentami przy okazji konferencji, seminariów i spotkań naukowych. Choć skrzętnie zaplanowane i umówione. Jest pierwszy materiał badawczy, na razie gromadzony w Gdańsku. Lata 2016-2017.

PLAN ZERO – WSPÓLNY REFERAT na Ogólnopolskim Kongresie Tutoringu w Warszawie. Jest rok 2017, dwie z nas (UG i UŁ) prezentują plan i zarys monografii o percepcji i implementacji tutoringu w Polsce w wybranych uczelniach.

BIEŻĄCZKA – jest trudno. Pomysł leży pośród miliona innych obowiązków bieżących. Wszyscy zajęci Ustawą 2.0, wszyscy niepewni, sfrustrowani. Zajęci. W rodzinach szał nastolatków😊

CIENKI LÓD –  za chwilę się załamie. Jest rok 2018. Uczelnie stawiają więcej znaków zapytania, niż odpowiedzi. Nikt nie umie przewidzieć strategii działania, koncentrując się bardziej na przetrwaniu, aniżeli rozwoju innowacji i trosce o elitarną jakość. Mnożą się definicje jakości. Rodzi się chaos pojęciowy. Ubywa studentów.

KOŁO RATUNKOWE – zapraszamy trzecią autorkę do współpracy. Gdańsk i Łódź potrzebują posiłków, mobilizacji, szkoda nam utonąć w morzu codziennych spraw i równoległych publikacji bieżących. Potrzebujemy kolejnej ekspertki z dużym doświadczeniem. Dołącza Częstochowa😊

KRÓL SKYPE – rządzi! Comiesięczne, a czasem cotygodniowe posiedzenia na Skype, pełne dyskusji, negocjacji, mieszania idei. Eter pełen jest gorących debat o badaniu, metodologii, literaturze, przemieszanych z rozmowami o dzieciach, mężach, domach i podróżach. Gorąca mikstura, wybuchowa, ale jakże twórcza!

 Część 2. ABSTRAKCJA

KRYZYS – wiosna 2019; zmęczenie przeplata się ze zwiększoną bieżączką. Sesja, rodzina, projekty wyjazdowe, podróże, brak snu. Wakacje. Kołowrotek – pracę zabieramy na prywatne urlopy. Mimo usilnych starań, by przestać myśleć o książce, nie udaje się. Wykańczamy, poprawiamy, modyfikujemy szczegóły. Dzielimy się pracą uczciwie, ale czasem  lecą iskry. Ile można? Czy to się uda? Kiedy koniec?

WSPINACZKA NA SZCZYT  – lato 2019 szukanie wydawnictwa. Upał  – w końcu mamy zmianę klimatu –  w pocie czoła piszemy oferty wydawnicze po nocach. Ankiety mają po kilkanaście stron. Laptop się przegrzewa… Głowa też. Zbieramy parę ofert, wybieramy jedną. Cieszymy się, jesteśmy prawie na szczycie…

CENA DOTARCIA NA SZCZYT – negocjacje z uczelniami na temat finansowania monografii to drogi biznes. Emocjonalnie i logistycznie. Ale wart zachodu.

WIDOK ZE SZCZYTU – ach! Teraz już tylko nagroda i czysta przyjemność: projekt okładki. Książka ma nie tylko ZAWIERAĆ coś. Ma też WYGLĄDAĆ😊

Część 3. KLASYKA

BRAINSTORMING – jako wytrawne naukowczynie i dydaktyczki (w dodatku matki!), w mózgu burze mamy średnio raz na tydzień😊 To też tzw. „klasyka” i wie to każda akademiczka oraz akademik. Ale tutaj.. to CO INNEGO! Tu chodzi o symbol, image, obraz, który nie tylko będzie się nam podobał jako trzem, było nie było różnym kobietom, ale ma się podobać przede wszystkim CZYTELNIKOM!  Ma być unikalny. Jak rok 2020.

GŁOWA – to pierwszy pomysł. Symbol otwartej głowy, głowy pełnej wiedzy, głowy aktywnej i myślącej. Jednak… dużo takich głów już istnieje, szukamy dalej.

ABSTRAKCJA – duże pole do popisu. Wybrane wydawnictwo podsyła nam nawet propozycje. Bywają ciekawe, ale….. czegoś brakuje, jest zbyt uniwersalnie, jest otwierająco, nowocześnie, ale zbyt szeroko i bezpłciowo. Szukamy kompromisu, czegoś, co wyrazi esencję tutoringu w sposób łączący jego korzenie ze współczesnym jego wymiarem.

KLASYKA – okazuje się słowem – kluczem. Wygrywa w naszych negocjacjach jako motyw, ale daleko jeszcze do finalnych ustaleń. Pierwszym pomysłem są posągi klasyków, filozofów greckich. Negocjujemy, bo gdy jednej się podoba dumający Sokrates, drugiej wydaje się zbyt ciężki i trąci podręcznikiem do filozofii. Jedna z nas lubi jaśniejsze barwy, inna woli soczyste i nasycone. Jedna wolałaby lekką abstrakcję, inna przekonuje do klasyki. No nie jest łatwo….

Jednak rozwiązanie znajduje się szybciej, niż można by sądzić. W końcu kobiety potrafią się dogadać. Fresk Rafaela Santiego „Szkoła Ateńska” zawiera parę ważnych elementów, które symbolizują klasyczny, ale jednak społeczny wymiar edukacji spersonalizowanej. Edukacji uwzględniającej ideę Akademii Platońskiej, ale także  – poprzez ukazanie wokół Platona i Arystotelesa innych uczniów  –  nie izolującej dialogu Mistrza z Uczniem ze społeczności akademickiej. Natomiast (także wynegocjowana) niebieska barwa grafiki, ma nadać znanemu motywowi bardziej abstrakcyjny i nowoczesny rys. Wydawnictwo IMPULS bardzo profesjonalnie i kooperatywnie wspomagało nas w tym (jakże trudnym i rozkosznie przyjemnym) procesie dochodzenia do finału.

szkoła ateńska - okładka

Finał graficzny, to początek ostatniego etapu – druku książki, chwycenia jej w ręce i .. posłania w świat. To będzie jak rozstawanie się z dzieckiem, którego ciąża trwała trzy lata. Książka, w momencie oddania jej w ręce czytelników, staje się już ich własnością, a autorzy  – nieco osieroceni – mogą tylko obserwować jej dalsze losy.

Niczym rodzice wobec dzieci.

Cóż, przed nami dopiero jednak sam poród – na przełomie kwietnia i maja😊

Ogłosimy te narodziny!

 

Be-3