Macierzyństwo – karuzela na łańcuchach

3.

Część trzecia: kiedy wiemy, że mamy dorosłe dziecko?

img_20200128_005158fot. Beata Karpińska-Musiał

Była część o pampersach, była o trudnej obsłudze nastolatka, to i czas na „dorosłe dziecko”. Mam ten  przywilej, że mogę już o tym pisać z autopsji, a nie tylko w formie teoretycznych dywagacji. I chociaż trudno w to uwierzyć, to takie teoretyczno – realne opowieści mogłabym snuć już ponownie z poziomu pampersów, ale jako… babcia!

Dobrze, że teoretycznie😊

Na szczęście jeszcze mnie szczęśliwą babcią nie uczyniono, za co jestem wielce wdzięczna. Przecież muszę własne potomstwo najpierw z gniazda wypuścić, a do tego jeszcze daleka droga.

Mam już dorosłego syna. Wedle prawa, już od prawie 6 lat! W tym roku mityczną 18-tkę przekroczy już drugi z Muszkieterów. I pytanie, które czasem sobie zadaję i które na pewno wielu rodziców sobie stawia brzmi:

Kiedy wiemy, że mamy dorosłe dziecko?

Jak się z tym czujemy jako rodzice?

Przyjmijmy opcję formalną, że dorosłym jest już 18-latek/ka. W jego/jej opinii jest tak z pewnością! Skutecznie jednak świat mu wybija ten pomysł z głowy: w szkole co prawda może sam się usprawiedliwiać z nieobecności, ale już na papierosa tudzież celem skoczenia do sklepu w trakcie trwania lekcji nie może opuszczać budynku szkoły!  Pożegna się co prawda z pediatrą i może sam wejść do gabinetu lekarskiego. Może też sam kupić alkohol (gdy go/ją wylegitymują). Jednak nie zawsze jeszcze za własne pieniądze, gdyż długo polski młody dorosły będzie zależny finansowo od rodziców, jeśli z nimi mieszka lub jeśli się uczy. Teoretycznie może już nie pytać nikogo, a szczególnie rodziców,  o pozwolenie, gdy wyjeżdża i nie tłumaczyć, dokąd w życiu zmierza… W praktyce, jeszcze często sam zupełnie tego nie wie.

Wiek jest pewną granicą. Dla mnie osobiście to przede wszystkim kwestia prawnej odpowiedzialności, którą metrykalna dorosłość zdejmuje z rodzica. Moje poczucie odpowiedzialności jako matki jest nasycone od ponad dwóch dekad tak mocno, że z ulgą je oddaję na ręce Zrywnych Zainteresowanych. Starałam się każdego z osobna przez te 18 lat nauczyć tego, jak funkcjonuje świat i teraz liczę, że mogę tylko oglądać już efekty naszej z mężem pracy. I tak to rzeczywiście jest – widzimy, co owocuje, a co uschło jak gałązka i odpadło. Bo Młody Dorosły jest przecież osobną, odrębną tożsamością, Nowym Człowiekiem – mieszanką genów moich i ojca. Jest jednostką, która żyje w innym świecie, ma swój charakter, swoje marzenia, talenty i priorytety. Więc żywe gałązki, te które wciągnęły soki wychowania, owocują, ale niektóre z tych, które myślimy, że też będą odzwierciedleniem naszych wartości i cech – usychają na rzecz własnych, nowych korzeni. A my załamujemy ręce, zamiast… się cieszyć!

Bo Młody Dorosły jest jak drzewo.

Zapuszcza korzenie po swojemu, głęboko, ale w swoim, wybranym miejscu na Ziemi. Koronę ma bujną, zieloną i soczystą, ale ruchomą na wietrze życia. Szumi wiatr w koronie, jak w głowie: są plany, wątpliwości, rozmach, wiara w moc tworzenia  – albo i czasem zastój, bezruch, brak nadziei. Drzewo zachowuje się tak, jak na to pozwala pogoda – raz jest burza, raz spokój, raz deszcz i łzy, a raz słońce i dynamiczna fotosynteza….

Drzewo rośnie, gubi liście sezonowo, ale wciąż się odradza. I tutaj moglibyśmy zajrzeć do tego, co piszą o procesie stawania się dorosłym socjologowie (chwilowo nie pedagodzy, którzy z nadmiaru dopuszczanych do głosu teorii wychowania funkcjonujących na tle geopolitycznych zawirowań wciąż rekonstruują nowe- stare definicje. I chwilowo nie psychologowie, którzy skupiają się obecnie na źródłach i obliczach depresji u młodzieży, szukając przyczyn w delikatnych strukturach ego i emocjonalnych niedoborach). Socjologowie piszą zadziwiająco prosto i strukturalnie. Wręcz technicznie. Kundlińska – Chróścicka „de­finiuje proces stawania się dorosłym jako proces nabywania nowej/nowych tożsamości przez jed­nostkę, która za dorosłą została uznana w toku in­terakcji międzyludzkich oraz w obliczu wyzwań, jakie niosły kluczowe wydarzenia – tak zwane tranzycje, to jest opuszczenie domu rodzinnego, ukończenie edukacji, znalezienie pierwszej i ko­lejnej pracy, wejście w związek intymny, w tym zawarcie małżeństwa, posiadanie dzieci, a także za dorosłą sama siebie uznaje, przynajmniej czę­ściowo, stopniowo dążąc do nabycia tożsamości osoby dorosłej.”[1]

Z jakiegoś powodu zapala mi się czerwona lampka, gdy czytam taką teoretycznie „uniwersalną” trajektorię dojrzewania do dorosłości. Tak, jakby można było zaprojektować wybory poszczególnych jednostek co do ukończenia edukacji lub założenia rodziny. Badacze wszak robią statystyki szacunkowe, być może nawet dominujące, ale to przecież wyjątki potwierdzają wszelkie reguły.

Mimo tego wynika z tych badań, że jednak wiek lat 18 to jest jedynie pewna mityczna granica rozpoczynania dopiero podróży po dorosłość.

Można na to ponownie spojrzeć życiowo i naukowo. Najpierw naukowo, gdzie czytamy, na przykład: „Z socjolo­gicznego punktu widzenia to kategoria obejmująca osoby w wieku 25–34 lata, która wraz z młodszy­mi Polakami w wieku 15–24 lat stanowi kluczową grupę w społeczeństwie ze względów demogra­ficznych i ekonomicznych (Szafraniec 2011: 11–17). […] Za młodych dorosłych uznano przy tym oso­by w wieku 25–34 lata, gdyż – z jednej strony – gra­nica 25 lat odnosi się do osób w szczególnym mo­mencie życiowym, kiedy (zazwyczaj już po ukoń­czeniu edukacji formalnej) podejmowane są ważne decyzje związane z życiem prywatnym i zawodo­wym – z drugiej zaś – za górną granicę tego prze­działu wieku przyjęto zgodnie z podejściem stoso­wanym w statystyce publicznej 34 rok życia” [2]

A zatem badania eksperckie mówią nie o 18, a 25 latach jako wieku „startu” w dorosłość.

Z życiowej perspektywy sytuacja wygląda nieco podobnie. Obserwując dorastanie moich trzech synów mogę potwierdzić, że osiemnaste urodziny to przede wszystkim okazja do nieco bardziej hucznej imprezy, a w przekonaniu samego Jubilata – pewien symboliczny próg do większej samodzielności i samostanowienia.

Czy to już można jednak nazwać dorosłością?

Samodzielność w dzisiejszych czasach to spore wyzwanie. Często wymaga dobrego i sprawnego tzw. „ogarniania” świata na co dzień i od święta. A że świat się jednocześnie kurczy i rozszerza w związku z cyfryzacją i globalizacją, także ogarnianie nie jest umiejętnością jednoznaczną z definicji. Jest dużo bardziej skomplikowane niż było w pokoleniu nas samych lub tym bardziej naszych rodziców, czyli dla Młodych Dorosłych – dziadków.

Dorosłość to też nie tylko zawodowe kwalifikacje, zdobyte tym czy innym wykształceniem. Trudno ustalić, kiedy ich poziom spełnia kryteria maksymalne – w rzeczy samej, w dzisiejszym trybie lifelong learning, dorosłym w pewnej sferze zostać można dopiero np. w wieku lat 40 lub 50. A bywa, że nie zostaje się nim przez całe życie.

Wydaje się zatem, i z pewnością i nad tym badania prowadzono, że w dorosłości chodzi o dużo bardziej złożoną sferę emocji.

Dorosłość do pewien poziom emocjonalnej dojrzałości i sztuka brania za te emocje odpowiedzialności.

I dlatego każdy Młody Dorosły staje się nim w bardzo różnym czasie. Bo emocjonalnie dojrzewamy w bardzo spersonalizowanym trybie i rytmie. Z bardzo zróżnicowanych powodów i w związku z różnymi przełomami w życiu osobistym.

Nauka mówi nam coraz częściej i głośniej, co dzieje się w mózgach nastolatków, jak bardzo burzliwa pogoda panuje na ich neuronalnych łączach i jak wiele czynników zewnętrznych percypowanych jest w sposób mocno nieprzewidywalny przez każdą jednostkę. Przetrwać te tornada nie jest łatwo samym młodym (a co mówić dopiero o rodzicach!), ale w końcu każdemu się to udaje, pogoda nieco łagodnieje. Widoczność na horyzoncie rośnie, uprzednio zakryta mgłą (ba! Kurzawą!) mieszanki najgorszego smogu: emocji, krzywdy, uniesień, złości, zazdrości, kompleksów i niezrozumienia przez świat.  Ale po każdej burzy wygląda słońce, zatem i nastolatek czy nastolatka w końcu uspokoi swój afekt i dopuści racjonalne rozumowanie bardziej do głosu. Sami bywają nierzadko zdziwieni, że przebywali jakiś czas w nieco odmiennym stanie świadomości.

Dorosłość to większy spokój, racjonalność i świadomość konsekwencji własnych decyzji.

Młody Dorosły stoi przed wieloma wyzwaniami nowej natury. Zgodnie z badaniami socjologów, przed nimi przełomowe zdarzenia: praca, rodzina, potomstwo. Każde z nich w zasadzie oscyluje wokół tylko paru cech, ale za to niezwykle silnie: odpowiedzialności, konsekwencji, odporności i odwagi w stawianiu czoła problemom. Dodajmy jeszcze ciekawość, bez której nie byłoby napędu do działania i samorozwoju.

Więc kiedy widzimy, że nasze dziecko już jest dorosłe? To samo, które przed paru laty rzucało piorunami na otoczenie lub zalewało się łzami z byle powodu? (śmiertelnie poważnego…)

Byłoby dziwne i niekonsekwentne, gdybym potrafiła dać tutaj jednoznaczną odpowiedź. Nie ma takiej. W każdej rodzinie ten moment nastąpi w innym momencie i na innym etapie procesów wychowawczych.

W moim przypadku, poczułam to już parę lat temu, gdy mój Pierworodny podejmował prace sezonowe, pracując po 12 godzin tygodniami, miesiącami. Gdy zdawał egzaminy na studiach, pisał prace dyplomowe. Gdy potrafił bez pytania zrobić zakupy, bo pusto w lodówce, zmienić opony na zimowe w moim aucie, odebrać mnie z dworca gdy wracałam z podróży. Gdy za własne zarobione pieniądze kupował sobie hobbistycznie własne przedmioty, takie jak np.… samochody – i potem je sprzedawał! Gdy konsekwentnie uprawiał sport, mimo wielkiego zmęczenia.

Ale to nadal jest proces w toku.

Ostatnio, najbardziej to czuję, gdy robi osobiste, drobne, nawet niematerialne upominki: nam rodzicom, dziadkom, bliskiej dziewczynie.

Myśli już, co lubimy, co jest ważne dla nas. I trafia w sedno.

 Wtedy wiem, że już do dorosłości jest bardzo blisko😊

W końcu zbliża się … naukowo potwierdzony wiek 25 lat

A jednak!

 

Be-3.

[1] Iwona Kudlińska-Chróścicka (2019) Stawanie się osobą dorosłą w czasach płynnej nowoczesności w doświadczeniu wielkomiejskich młodych dorosłych (w: ) Przegląd Socjologii  Jakościowej, Tom XV Numer 4. Młodzi dorośli w czasach ponowoczesności w analizach socjologicznych  pod redakcją Jolanty Grotowskiej-Leder, s.  34.

 

[2] Agnieszka Dziedziczak-Foltyn, Marcin Gońda (2019) Instrumentalizacja i kapitalizacja edukacji w postawach wielkomiejskich młodych dorosłych, (w: ) Przegląd Socjologii  Jakościowej, Tom XV Numer 4. Młodzi dorośli w czasach ponowoczesności w analizach socjologicznych  pod redakcją Jolanty Grotowskiej-Leder, s.  66.

 

***

2.

Część druga:  instrukcja obsługi (dla) … nastolatka

img_20191228_015522

fot. Beata Karpińska-Musiał

Wszyscy znają metaforę życia jako drogi, albo życia jako sceny. W pierwszym przypadku przemierzamy pewną trasę od początku do końca, po drodze mijając różne przystanki i zatrzymując się na jednym dłużej, na innym krócej, a inne w ogóle mijając. W drugim – biegamy jako aktorzy bardziej w kółko na ograniczonej przestrzeni, ale zawsze mamy możliwość zejścia ze sceny, gdy nasza rola się kończy. Nie musi to być już zejście definitywne – są też pauzy lub zmiany teatru.

Akurat teraz mamy przystanek pt. Święta Bożego Narodzenia i Nowy Rok. To bardzo jednoczący przystanek dla milionów ludzi wyznań chrześcijańskich na całym świecie. W tym czasie, jednym z wielu symboli obchodów Gwiazdki, jest rodzinne biesiadowanie.

Stół bowiem łączy

Przeważnie

Łączy…  pokolenia?

Mamy już zatem za sobą tegoroczny stół wigilijny. To zawsze piękny moment, ale i soczewka relacji rodzinnych. Krążą już anegdoty o pytaniach świątecznych zadawanych podczas kolacji. Satyrycy mieliby pełne ręce roboty. I najpewniej mają!

Bo szczególnie warte uwagi – z racji wolnych dni dla całej rodziny  – są wówczas relacje z nastolatkami. Księgarnie i poradniki pedagogiczne pełne są treści na temat wzrostu i rozwoju nastolatków, ich problemów, komunikacji z rodzicami, nauczycielami, ich priorytetów edukacyjnych i socjalizacyjnych. Jak mówić, żeby dzieci nas słuchały?(…) (Faber i Mazlish), Szkoła neuronów (Kaczmarzyk). Nastolatki zdolne, ale rozkojarzone (Guare, Dawson, Guare). To przykładowe tytuły wśród dziesiątków podobnych. Czy jednak publikacje, nawet naukowe, powiedzą nam więcej o nastolatku, aniżeli codzienne życie z nim pod jednym dachem?

Nie

Badania naukowe i wiedza z nich płynąca z pewnością wspierają procesy wychowywania nastoletnich dzieci. Przez lata korzystałam z nich ja i na pewno setki innych matek. Muszę jednak stwierdzić, że tak jak książki przydają się młodym mamom i tatom na etapie pielęgnacji niemowlaka, tak NIC nie przygotowuje nas na złożoność psychiki i reaktywności dziecka nastoletniego. Owszem, są już opisy i scenariusze do naśladowania. Są nawet wyjaśnienia neurologiczne. Ale czegoś nadal brakuje:

Jak samemu radzić sobie z własnymi reakcjami na nastolatka?

Jak sterować swoimi emocjami?

Jak nauczyć nastolatka rozumieć NAS, rodziców? I czy to w ogóle jest możliwe?

Dialog poradnikowy czy nawet naukowy to dialog jednostronny. To instrukcja obsługi 13-latka lub 17-latki. To tłumaczenie nam, rodzicom, dlaczego nastolatkowie widzą świat tak, a nie inaczej, i ewentualnie kiedy im się to „odmieni”. Naprawdę wiedza naukowa potrafi wyjaśnić wiele. Tylko, czy to nam wystarcza do tego, by przetrwać ten czas bez szkody dla relacji w rodzinie, relacji z samym sobą? Czy najmądrzejsze porady przewidzą nasze emocje w sytuacjach krytycznych lub momentach przeciążenia psychofizycznego w codziennym życiu?

Dialog prawdziwy miałby miejsce wówczas, gdyby także nastolatków uczono, jak postępować z rodzicami.

Tymczasem obowiązek wychowania nastolatka do życia społecznego to dialog w jedną stronę. Spada on – w opinii publicznej i według większości teorii wychowania – na rodziców (już coraz mniej na szkołę). Na tych, których dziecko właśnie kontestuje i odrzuca, by budować swoją tożsamość i w opozycji do których następuje, powiedzieli by psychologowie szkoły jungowskiej, tzw. „indywiduacja”. Czy to zatem nie jest jedna wielka pułapka?

Pomińmy na chwilę pedagogie Montessori czy Jespera Juula, jak też pozostałych pedagogów Nowego Wychowania, którzy wierzyli i ufali w dziecko oraz jego swobodny samosterowny rozwój. Skupmy się na realiach życia codziennego w przeciętnej rodzinie  – załóżmy – „monotonnie konwencjonalnej” typu 2+1 do 2+3 i więcej. Rodzinie o zróżnicowanym stopniu świadomości pedagogicznej lub psychologicznej – w końcu zawody ludzie mają różnorakie i nie zawsze są to obszary ich działalności. Zdani są wówczas na pomoc poradni psychologiczno-pedagogicznych lub książek właśnie ( o ile po nie sięgną). Czy będą wiedzieli, że wychowawcze działania wobec nastolatków bardzo często będą zdane na niepowodzenie właśnie dlatego, że pochodzą od rodziców i innych dorosłych?

To wyjątkowo trudne do przyjęcia dla nas, rodziców. Stąd też pytanie, czy być może instrukcję obsługi należałoby pisać nie tylko dla dorosłych, ale też dla młodzieży? Tej, która dzisiaj stoi przed bardzo wieloma problemami związanymi z radzeniem sobie ze złożonością świata. Słyszymy o rosnącej potrzebie opieki psychologicznej dla zagubionych młodych. Młodych, od których się wymaga, a których się nie słucha.

Ale też którym się nie mówi, jak należy rozumieć dorosłych. W ten sposób, nie wykazuje się wiary w ich możliwość rozumienia. Dzisiaj się nastolatkom nie ufa.

Autorzy poradników, psychologowie, pedagodzy, rodzice!

Piszcie instrukcje obsługi nie tylko dla rodziców, ale też dla nastolatków. Nawet dla swoich własnych dzieci! Wczujcie się w ich problemy i percepcję świata. Tłumaczcie, dlaczego ważna jest umiejętność kompromisu, negocjacji, przekaz informacji dla bezpieczeństwa, i dlaczego rodzice zawsze będą się o nich troszczyć (ta niechciana kontrola!). Dlaczego tak ważny jest szacunek i współpraca (Ty nic nie rozumiesz!) I dlaczego miłość nie jest jeszcze zjawiskiem tylko z łzawych filmów przeszłości i objawiać się może w zupełnie inny sposób (nie będę nosił tej czapki, wyglądam jak dureń!). Może w dobie komunikacji emotikonami i skrótami typu LOL, xD, itp. – łatwiej byłoby przetrwać ten trudny czas mówiąc ich językiem? Bardziej, niż boksując się niekiedy z własnym brakiem pomysłu na …

…to, co nastolatkowie myślą, jak robią i co wybierają…

Instrukcja obsługi nastolatka dla rodziców to jedno. Instrukcja obsługi rodzica dla nastolatka – to być może klucz dla wielu z nas.

Pomyślmy o tym  u progu Nowego Roku 2020.

Ja myślę.

Be-3

***

1.

Część pierwsza: ekologiczne pampersy i zawroty głowy

img_20191122_190456-1

W dniu, kiedy licealista wybrał się z „paczką” na huczny koncert rockowy do klubu na terenie dawnej stoczni Gdańskiej, najstarszy student wyjechał z dziewczyną na weekendową randkę poza Trójmiasto, a najmłodszy nastolatek przeteleportował się chwilowo do sieci przy swoim biurku, w końcu nabrałam ochoty na krótką refleksję na temat macierzyństwa.

Można tylko krótko, bo długo oznaczałoby cofanie się o 23 lata w czasie. Można tylko fragmentami, bo nie ma możliwości spisania wydarzeń z trzech osobnych, młodych żyć, w które jestem „uwikłana” jako matka przez ponad dwie dekady.

Nie wiadomo nawet, od czego zacząć😊 Bo przecież nie od klimatów z Mamo to ja, historii słoiczków Bobo Vita lub Hipp, pampersów ekologicznych w Niemczech w 2002 roku (rozkładają się jeszcze w ręku, już po użyciu.…), ani od setek kilometrów spacerów z wózkami, czy też łącznie ponad pięciu lat karmienia naturalnego… Każda matka zna te klimaty, a to nie jest blog w kategorii parentingowej. Może jako ciekawostkę należy wyznać jedynie, że każdy z naszych trzech synów spędzał wczesne dzieciństwo w innym mieście, a nawet kraju. Były to Poznań, Bydgoszcz, Berlin, Greifswald i w końcu Gdańsk. Dwoje z nich urodziło się w Poznaniu, a ostatni, najmłodszy jest gdańszczaninem z urodzenia i zameldowania. Ale, uwaga, wszyscy mają tego samego tatę (!)  – co w dzisiejszych czasach wcale nie jest takie oczywiste, prawda?

img_20191122_190912.jpg

Moje macierzyństwo, a nasze wspólne rodzicielstwo, to zatem historia nomadycznej rodziny akademickiej, która przez pierwsze 10 lat małżeństwa i potrójnej „reprodukcji” zmieniła lokal mieszkalny 8 razy, w tym dwukrotnie across the borders. Ludzie średnio zmieniają co dwa lata samochody – my zmienialiśmy tak mieszkania i domy, miasta i .. wózki, szkoły, przedszkola, pracę i samochody tylko przy okazji😊 Na większe oczywiście, bo bagażnik musiał pomieścić coraz więcej wózków, pampersów, słoiczków, sanek, śpiworków, zabawek niezbędnych, nocniczków itp. itd. I żadne hasła o konsumpcjonizmie i umierającej planecie współczesnej ery antropocenu, jak też ekologicznego zużycia papieru lub plastiku, spalonego paliwa podczas podróży dom rodzinny – dom niemiecki z tonami bagażu, nie byłyby w stanie wówczas nabrać jakiejkolwiek wagi wobec realiów przetrwania i codziennego życia rodziny w ruchu, rodziny z małymi dziećmi.

Gdy z perspektywy następnej minionej dekady patrzę na tamten czas, to wspominam go jako najpiękniejszy, najbardziej dynamiczny i inspirujący czas w swoim życiu, chociaż niezwykle wymagający fizycznie i psychicznie. Ale to dlatego dzieciaki mamy z reguły jako ludzie młodzi – siły i energia pozwalają przenosić góry. Pozwalają, mimo małych dzieci, pracować, robić karierę, łączyć dom z pracą akademicką i szkoleniową, uczyć się wciąż samemu, przemieszczać, podróżować, spotykać ludzi, i znowu uczyć się: życia, relacji, profesjonalizmu w każdej z tych sfer. Niezwykłe, jak wielką siłę i wytrzymałość mamy (mieliśmy?) mając lat 25, 30, a nawet 40. Jak bardzo potrafimy pokonywać swoje słabości, gonić własne ambicje, dbać o każdy szczegół w domu i w pracy, dbać o swoje potomstwo, cieszyć się nim, rozpływać wręcz w tej pierwotnej, instynktownej misji (jeśli ten instynkt już mamy). W przestrzeni mentalnej nie ma ani grama zbędnego, zmarnowanego czasu, multitasking rozwijamy do poziomu 300, ale nie żyjemy w związku z tym w depresji i poczuciu chaosu. Spalamy się, szczęśliwi w swoim zagonieniu i zmęczeniu, nie siedząc na Facebooku, nie chodząc do kina a nawet nie oglądając zbyt filmów (ze zmęczenia), a obserwując na żywo najpiękniejszy proces biologicznej ewolucji: rozwój własnego dziecka, własnych genów, odbijając siebie w jego oczach, zachowaniu, podobieństwie… A potem przychodzi następne życie – i relacja między nimi wnosi znowu inną jakość. Zabawa, wzrost, zdrowie, emocje, pierwsza nauka, pierwsze przyjaźnie… i kłótnie oczywiście. Świat bez próżni.

Oczywistym jest, że macierzyństwo to nie tylko sielanka. Piszę teraz „macierzyństwo”, bo tata siłą rzeczy na przykład piersi nie podawał. A wybór tej misji był mój, bo to dla mnie tak oczywiste, jak dwa razy dwa, plus wygodne jak żadna inna forma technologicznie wspieranego karmienia. Nie tylko zatem sielanka, bo notoryczny brak snu przez okres około 15 lat czuję do dzisiaj. Bo pamiętam zawroty głowy ze zmęczenia pod koniec dnia. Ale… psychicznie nigdy nie popadłam w stan zwątpienia w sens tego projektu „życie”.

Dlaczego dzisiaj młodzi bywają tak pełni zwątpienia i marazmu?

Dlaczego dzisiaj tak łatwo jest popaść w bezsens, mając wszystko: zdrowie, siły, urodę, młodość, energię, a i pracę nierzadko też?
Czego im brak?

I teraz do sedna: macierzyństwo/ojcostwo to moim zdaniem wielka decyzja, wielki dar i wielkie spełnienie. Jednak wtedy tylko, gdy jest chciane i akceptowane, a wręcz „umiłowane”. To największa filozofia życia – nie tylko umiłowanie mądrości, a właśnie umiłowanie życia. Gdy myślę o rodzicielstwie, nasuwa mi się metafora karuzeli – tej dawnej, wysokiej, z krzesełkami na metalowych łańcuchach. Jako małej dziewczynce, przejażdżka na niej jawiła się jako szczyt odwagi. Bałam się tej wysokości i pędu, tej dziwnej niestabilności łańcuchów. Przecież one mogą się zerwać? Na samą myśl  – a i fizycznie czasem – było mi słabo. Ale może dwa razy w życiu „poleciałam”. Siła odśrodkowa jest potężna, w razie zerwania, lot byłby koszący. W rodzicielstwie też można wylecieć na zakręcie. Trzeba się mocno trzymać łańcucha, tego samego, który zarazem nas trzyma i więzi, jest smyczą dla naszego życia łatwego, wolnego, autonomicznego, tego „bez dzieci”. Trzymając się go, trzeba ufać, że wszystko będzie dobrze. Że ten wzlot w niebo przeważy trudne, potencjalne upadki.

 

img_20191122_190415

Bo wzloty są adekwatne do trudów i kto tego nie zrozumie, ten zawsze znajdzie powód do marudzenia i utyskiwania. Lub będzie obawiał się wsiąść na karuzelę. Ale warto chociaż raz wzlecieć w górę, nawet za cenę mdłości lub lęku wysokości. Trudy też zmieniają swą skalę i charakter. Czym innym jest nieustanne miksowanie zupek jarzynowych i zmiana pampersów (zawsze w złym momencie i przed galą lub spacerem), a czym innym próba dogadania się ze zbuntowanym nastolatkiem, dzieckiem ery cyfrowej, gadającym innym językiem (dosłownie i w przenośni). Jeszcze innym trudem jest sztuka akceptacji tej inności, jaka nam pod bokiem rozkwita po latach: inne nieco priorytety, stosunek do obowiązków, kolejność zadań i styl życia… Inna kurtka, buty, WSZYSTKO INNE. A przecież takie same. Jednak inne. BO TO NIE JEST ZIELONE, TYLKO ZIELONE JEST. To właśnie dorastający najpierw nastolatek, a potem młody mężczyzna/kobieta. Czas bowiem zmienia wszystko.

Bycie matką nastolatka i mężczyzny to temat na inną historię

Następnym razem

Bo to temat tak piękny, jak i bolesny

Pełen nieustających kompromisów, złości, podziwu, lęku i uwielbienia

Słodkiej zazdrości

To historia więzi absolutnej

Więzi i uwięzi

 

Prawda?

Be-3

img_20200128_005158